czwartek, 24 kwietnia 2014

Anglosaski Kot, żółta mucha i Kolory Maryszy

Anglosaski Kot leży na kanapie w gustownej piżamie, w doborowym towarzystwie antybiotyków, sterty chusteczek higienicznych i butelczyny Amolu, którym smaruje się tylko z przodu, bo nie ma niestety nikogo kto by w swym wielkim miłosierdziu wysmarował mu plecki. Sam też nie posiada aż tak długich kończyn, by móc zrobić to własnoręcznie. Chore, zblazowane i zmęczone kocisko siedzi i dychra. Dychra, smarcze, od czasu do czasu pojękując w swoim małym, kocim domu zarazy. Ach ciężko jest być chorym w samotności. Nie ma komu ponarzekać, nie ma kto zrobić herbatki z cytryną i sokiem malinowym, nie ma kto ugotować rosołku... Jedyny plus w tym wszystkim to spokój i cisza, która nie zakłóca snu i ciężkiego, jakże mozolnego procesu powracania do zdrowia. Tak to się kończy jak kaszlą na Ciebie w autobusie podmiejskim...

Popularnie nazywa się to prawem Murphiego i każdy, kto trochę już pożył na tym świecie wie, czym owo prawo jest. W moim przypadku wszystko się zaczęło od wcześniej wspomnianej waćpanny, która śmiała na mnie kaszleć w autobusie, chociaż kto wie. Mógł to być ktokolwiek. Tak czy inaczej zarażono mnie ropnym zapaleniem migdałków, popularnie zwanym anginą. I to w dodatku (proszę sobie wyobrazić, drogi Czytelniku) w same święta! Co za bezczelność! Zaczęłam chorować już na samym ich początku, czyli w Wielki Czwartek, żeby z wielką pompą wyjść od lekarza dzień po Lanym Poniedziałku z receptą w jednej ręce i urlopem zdrowotnym na cały tydzień w drugiej. Ale jak to mówią, we wszystkim trzeba widzieć pozytywy, czyż nie? A plusem tej całej sytuacji było nadrobienie zaległości. I tak oto:

1) Dokończony został szalik, który miał zostać ukończony jakieś dwa miesiące temu. Niestety nie wyszło. Niemniej jednak, gdy przyjdzie zima, a przyjdzie na pewno, moja droga Zofia będzie miała czym okryć swą łabędzią szyję. Szalik wyszedł bosko! Czarny niczym atrament, z frędzlami długimi jak macki ośmiornicy, przepasany różową wstążeczką. Niestety zdjęcia zrobić się nie udało, gdyż w dziennym świetle kolor szalika zmienia się na wściekły granatowy i wygląda wprost żałośnie. W realu wygląda jednak świetnie. Serio! Spytajcie Zofii!
2) Dokończono cztery czapki: dwie dla mnie (malinowa i kawowa), oraz dwie dla Kasi (turkusowa i morska), która zamówiła je dwa tygodnie temu.
3) Stworzono również kolejne etui, tym razem na wyzwanie o nazwie "Kolory Maryszy - edycja muzyczno-urodzinowa"


Jak wspominałam wcześniej, uwielbiam konkursy i wyzwania. Ale nie takie, gdzie trzeba polubić stronę autora i odpowiedzieć na pytanie z cyklu "jaki jest Twój ulubiony kolor". Wolę się wykazać, pomęczyć, napocić i pogłówkować. A potem podlinkować swoje "dzieło" i czekać na efekty. W tym przypadku zabawa była przednia! W grę bowiem wchodziły kolory. Technika dowolna, najważniejsze jednak, by w swoim projekcie umieścić cztery kolory zainspirowane piosenką, którą ze swojej głowy próbowałam wyrzucić przez długie tygodnie. Mowa tu o utworze stworzonym na rzecz akcji, mającej uświadomić ludziom zagrożenie jakim jest pociąg oraz to w jak łatwy sposób można zginąć. Wszystko opakowane w przyjemną melodię, okraszoną barwnym tekstem i hipnotyzującym teledyskiem. 

Tym którzy nie widzieli, polecam z całego serca!



Tak oto powstało kolejne etui na telefon i jak zwykle z motywem kocim. Etui, bo ono zawsze się przydaje, z kotem, bo... no to chyba oczywiste i nie wymagające wyjaśnienia. Powstało ono na szydełku, techniką łatwą i przyjemną. kot wycięty z filcu, przyszyty do etui, do kota natomiast przyszyto nos, oczy i gustowną żółtą muchę. Problemem było zaaranżowanie miejsca dla koloru miętowego, który był wymagany. Pierwszy pomysł to wplecenie miętowej wstążki pomiędzy rządek słupków podwójnych... albo pojedynczych... no tych takich wysokich :) Jak można zauważyć, ten rządek został wykonany mniej więcej w połowie wysokości etui, kot natomiast miał być przyszyty "za" wstążką, dzięki czemu miał robić wrażenie zawieszonego na miętowej nitce (przebiegającej mu pod paszkami) a jego kocie girki miały bimbać w powietrzu. Niestety po nawleczeniu nitki między słupkami okazało się, że efekt jest mierny i nie zadowalający. Dlatego też kot nie bimba, a wychyla się z boku. Tak artystycznie, z doskoku. Zrobiłam też miętową lamówkę u góry etui i tak oto dzięki mym zręcznym kończynom mam całkiem niezłe etui na telefon. Poprzednie niestety jest trochę za duże, a to będzie w sam raz!

A co dalej? A dalej będzie torba na jedno ramię, choć nadal zastanawiam się skąd wytrzasnąć materiał na podszewkę. Będzie również ponczo. Pod warunkiem, że uda mi się zdobyć informacje jak je wykonać. Ale myślę, że nie będzie to dla mnie problemem.

UPDATE: Wiedziałam, cholera, że o czymś zapomniałam! W planach jest również poszewka na poduszkę, a konkretnie na dwie. Te kupione w sklepie z artykułami dekoracyjnymi już się zużyły i wyglądają fatalnie a zamiast kupować nowe, można przecież zrobić własne! A kwadraty na szydełku już umiem więc pozostaje jedynie wybór włóczki! Że tak się wyrażę kolokwialnie: "In your face, sklepie z artykułami dekoracyjnymi!"

czwartek, 17 kwietnia 2014

Szydełnicko-czytujący

Anglosaski Kot siedzi wygodnie na kanapie, zadnie łapy opierając na stole, z których to prawa stopa robi dodatkowo jako podpórka do wełny. Siedzi i szydełkuje. Słowo "szydełkuje" należałoby podkreślić, wytłuścić i obsypać brokatem, gdyż (w ramach wyjaśnienia) jeszcze kilka tygodni temu Kot uważał, że nic poza drutami nie istnieje, że nie ma rzeczy tak prostej i przyjemnej jak robienie na drutach. Jednakowoż przy okazji czapki numer jeden i na krótko po jej skończeniu, okazało się, że szydełkowanie jest szybsze, mniej czasochłonne i jakieś takie... prostsze, Kot miłością do szydełka zapałał niepomiernie i nie ma zamiaru wracać z Szydłolandii, choćby nie wiem co! A że robienie czapki okazało się zabawą przednią*, postanowił zrobić sobie kilka następnych, w wersji malinowej (akryl), kawowej (akryl) oraz kremowej (bawełna).

*Zabawa to jedno. Drugim powodem by stworzyć kolejne nakrycia głowy był fakt, że czapka została w try miga kupiona przez koleżankę z pracy. Ta czapunia mi się podobała. Miała być moja. I tyle ją widziałam. No ale co ja będę ludziom żałować? A jeszcze jak się komuś podoba i będzie przydatna... nie wspominając o tym, że jeszcze mi się na niej zarobiło na karnet autobusowy. Nic tylko się radować :D

Zapałałam również miłością do konkursów, wyzwań i innych "czelendżów", a w szczególności do akcji "Wspólne dzierganie i czytanie". Czytam (aż wstyd się przyznać) od kilku lat dopiero. Nie żebym była analfabetą przez 3/4 życia, ale dopiero od pewnego czasu czytam dla przyjemności. W domu jakoś nie było zbyt wiele książek a i nie było nikogo kto czytałby coś poza gazetami. Tak oto żyłam te 21 lat w niewiedzy, nie czytając lektur, mając w nosie nowości wydawnicze i gardząc książkami. Aż któregoś dnia, dzięki pewnej tajemniczej osobie, której imienia nie zdradzę, odkryłam czym jest czytanie dla przyjemności. Odkryłam jak miło jest przez chwile wyjść z własnej skóry i na moment choćby stać się kimś innym, wieść inne życie, znaleźć się w zupełnie innym miejscu i w innych okolicznościach. Na ten przykład stać się Joanną Ch., szukać trupów po szafach, pływać po jeziorach Mazurskich z koleżanką w łódce i dzięki metalowemu szydełku wydostać się z lochów zamku gdzieś w południowej Francji. Zaraz potem zapuścić długie białe włosy, machać mieczem dwuręcznym i ubijać poczwary w mrocznym lesie. I tak by można wymieniać i wymieniać. Niedawno również postanowiłam nadrabiać zaległości w lekturach szkolnych. W ten oto sposób trafiła w moje ręce książka-klasyk, czyli "Mistrz i Małgorzata". Kiedy oczom mym ukazał się kot na okładce, wiedziałam, że będzie warto i nie myliłam się. Do tego stopnia, że kilka nocy temu śniło mi się jak na golasa latam na miotle nad swoim rodzinnym miastem, niczym tytułowa bohaterka. Wizja dwóch księżyców na jednym niebie (księżyc prawdziwy i ten odbijający się na mym szacownym zadzie) była doprawdy imponująca!



Fakt faktem, żałuję, że tyle lat musiało upłynąć zanim pojęłam jaką przyjemność sprawia czytanie. Ale cóż. Jak to mówią: lepiej późno niż wcale. I tak jak w przypadku szydełka, zasmakowałam tej przyjemności i nie mam zamiaru wracać :)
... za wyjątkiem dokończenia szalika. Zaczęłam drutami i skończę drutami. Taki mały wyjąteczek. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Anglosaski Kot Czapkowy

Anglosaski Kot kuca przed kanapą z aparatem w dłoni i strzela foty swojemu modelowi imieniem Kryspin. Wierci się, wygina, przybiera fantazyjne pozy niczym Pani Mirka prowadząca zajęcia jogi. A wszystko to po to, aby uzyskać jak najlepsze ujęcie. Model natomiast, ma na swojej szacownej głowie czapkę, w wersji jesienno-wiosennej, koloru koralowego, wykonaną ręcznie szydełkiem numer 4 i 3. Z powodu braku funduszy model jest taki jaki jest. Może kiedyś będzie Anglosaskiego Kota stać na Naomi czy Heidi. Póki co miś musi wystarczyć...

Tak mniej więcej wyglądała cała niedziela. Sobota w sumie też. Po trzech szalikach (w tym czwarty w trakcie tworzenia) i jednym jakże udanym etui na telefon przyszedł najwyższy czas by wziąć się za coś bardziej ambitnego. Coś co można nosić o tej porze roku, coś co będzie w szałowym kolorze oraz w czym można by się ludziom pokazać na oczy. Tak oto pojawił się pomysł czapki, której wykonanie było możliwe dzięki tej Pani 
Stworzenie czapki zajęło jakiś tydzień. Byłoby szybciej oczywiście, gdyby nie praca, korepetycje i cala masa innych rzeczy.

Po tygodniowych bojach, kiepskim początku (gdy w złości szydełko odbijało się od ścian, bo w gniewie najlepiej rzuca się tym i owym. Gniew natomiast spowodowany tym, że nie byłam w stanie pojąć idei półsłupka. Co za półsłupek ze mnie!) kiepskiej końcówce (kiedy to okazało się, że "opaska" została zrobiona zbyt ściśle i czapka może co najwyżej wejść na głowę pięcioletniego dziecka) w końcu udało się stworzyć to cudeńko, które nie dość że pasuje na mój szacowny czerep, to jeszcze jest nawet ładne! 
Podbudowana sukcesem zabieram się do kończenia szalika, który obiecałam przyjaciółce... jakieś 3 miesiące temu. Obym do następnej zimy zdążyła...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...