poniedziałek, 17 marca 2014

Anglosaski Kot, taki konkursowy!

Anglosaski Kot idzie zrobić sobie herbatę. Już po trzech krokach do bosej stopy przykleja się kawałeczek czarnego filcu, zaraz potem różowa nitka. Nastawia czajnik, po czym slalomem wymijając szpulki nitek, muliny, włochatej siwej wełny i tony kartek z kocią facjatą na froncie, siada na kanapie i wraca do pracy. Kto by przypuszczał, że tyle to zajmie czasu...

Hobby musi być. Jakiekolwiek, bez różnicy czy "indoor" czy "outdoor". Jest mi obojętne w jakiej tematyce, ale zawsze musi być coś, czemu można się poświęcić bez reszty, co można robić w wolnym czasie i o czym można namiętnie myśleć po nocach. Do niedawna takim hobby było kendo, o czym pisałam tutaj, jak również i tu. Było mi z tym kendo niewymownie dobrze, ale niestety po sześciu latach treningów, po zobaczeniu i usłyszeniu tego czego "odwidzieć" i "odsłyszeć" się nie da, musiałam zrezygnować. Bo kendo samo w sobie nadal mnie zachwyca. Natomiast wszystko to, co jest obok, już nie.

Po trzech miesiącach bez żadnego zajęcia zaczęło się dziać źle. Nie będąc przyzwyczajoną do nic-nierobienia a tym bardziej do trwonienia czasu na filmy i seriale, zalałam się wyrzutami sumienia. Nie chcąc bezczynnie siedzieć na kocim zadzie, zaczęłam próbować swoich sił w absolutnie wszystkim! Był curling, fotografowanie, modelarstwo, decoupage, rysowanie komiksów i parę innych rzeczy. Niestety żadne z tych zajęć nie dało pożądanej satysfakcji. Zaczęłam więc się zastanawiać co można robić w domu, małym nakładem finansowym, co nie zabiera dużo miejsca i czego efekty pracy są użyteczne po stworzeniu. A przede wszystkim, co daje upust kreatywności. I tak znalazłam prace ręczne (głównie robienie na drutach i szydełkowanie, choć tego drugiego jeszcze zbytnio nie umiem)!

Od dwóch miesięcy, kiedy to pierwszy raz wydziergałam szalik, nieprzerwanie (w wolnych chwilach oczywiście, których za dużo nie mam) daję upust swoim zwierzęcym rządzą i dziergam jak szalona :D

Inspiracja płynąca z blogowego wpisu mojego Guru i Boga w tematyce rękodzieła (nawiasem mówiąc siedzi sobie ona o tu) zmotywowała mnie do zrobienie kociego etui do telefonu, dokładnie takiego, jakiego niestety nie udało mi się wylosować w akcji rodawajki na wcześniej wspomnianym blogu. Dodatkowo, aby nie kopiować pomysłów idola, postanowiłam "pojechać" na filmowo :) Tak oto powstał Cheshire Cat!
Cheshire etui - pozycja frontalna

Cheshire etui - tył

Etui zostało wykonane futrzastą włóczką, na drutach. Do tego duża ilość filcu, parę nitek, kilka maźnięć czarnego markera na kocim nosie i jest! Myślałam jednak, że zajmie to mniej czasu. jak się okazało bardzo się w tej kwestii pomyliłam. Niemniej jednak, duma jest ogromna, bo to pierwsza rzecz (no poza dużą ilością szalików), która ma charakter użytkowy, i która na coś może się przydać. No bo ile można dziergać szaliki, na litość boską!

Cheshire - bok

Tak to jest, mili Państwo, jak zamienia się miecz bambusowy na druty i zamiast latać po parkiecie z bosymi stopami naparzając oponentów po głowach, lata się po parkiecie zbierając po drodze kawałki wełny, strzępki filcu i różnokolorowe nitki. Niezmienna jest za to frustracja, zmęczenie i kombinowanie :)
A jak jeszcze raz ktoś się będzie ze mnie nabijał i uparcie twierdził, że robienie na drutach to zajęcie dla podstarzałych pań, z bandą kotów na głowie to, jak wełnę kocham, dostanie w paszcze!



--- UPDATE---



A co tam! Pochwalę się! Cheshire Cat zajął 7 miejsce w konkursie. Nawet sobie nie wyobrażacie jaka to duma i zaszczyt, być w ten sposób docenionym przez Drogich Czytelników i to na samym początku drogi szydełkowo-drutowej. 

Dziękuję :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...