czwartek, 18 lipca 2013

Ten o bitwie trzeciej

Anglosaski Kot jest na półmetku. No dobra... trochę dalej niż na półmetku. Ale w dalszym ciągu nie zapomina o swoich planach i założeniach, o których rozpisywał się pół roku temu. I zdaję sobie sprawę, że nie wszystko uda się zrealizować w tym roku. Kilku punktów (a konkretnie dwóch, w porywach do trzech) nie uda się wykonać z racji braku nakładów finansowych oraz ram czasowych, których nie da się wygiąć w żaden sposób). Niemniej jednak, jeśli udałoby się zrealizować pozostałą resztę, będzie to ogromny sukces. Anglosaski Kot zabiera więc graty i wraca do swojego centrum dowodzenia, gdzie z niekrytą radością opowie o kolejnej potyczce, która czai się na horyzoncie.

Jak to mówią, trzeba się skupiać na jednym celu. W przeciwnym razie człowiek pogubi się w swoich założeniach, chcąc ogarnąć kilka rzeczy jednocześnie stanie w mentalnym rozkroku, a to (wczesniej czy później) niechybnie skończy się katastrofą. Tak mówię ja. Więc mimo tego, że jestem w trakcie rozgrywania trzech potyczek jednocześnie, na trzech różnych frontach, skupię się na razie na jednej.

Bitwa o 55
Part I

Kiedyś byłam młoda, piękna (szczególnie w pełnym mroku), i szczupła. Teraz jestem nadal piękna (niestety nadal głównie w ciemnościach) i... no właśnie. Bo szczupła to raczej nie. Już nie. Ach gdzie te czasy, kiedy człowiek klepnął się w jedno biodro i nie spostrzegł żadnej fali pędzącej w kierunku przeciwległego biodra, z prędkością porównywalną z największymi falami tsunami. Ach gdzież te czasy kiedy to człowiek pochylał się w celu zasznurowania trzewików i poza majestatycznymi piersiami nie odznaczało się nic. Nic, mili państwo. Ani jednej fałdki. I waga była również zacna. I człowiek czuł się z tym tak dobrze, że nawet tego nie zauważał, tego jaki jest szczupły i powabny. Ale któregoś dnia wszystko uległo diametralnej zmianie. Nie ciąża, nie choroba, a wizyta na Wyspach Królewskich załatwiła mnie na cacy. 

Najlepszy pomysł ever!
Wyjechałam w celach rekreacyjno-zarobkowych, ot na dwa miesiące, żeby troszkę dorobić a przy okazji popodziwiać sobie zielone wzgórza Irlandzkie. Wyjechał smukły kociak, wrócił tłusty waleń. Co ciekawe, nie zauważyłam zmiany. Dopiero kiedy przestałam się mieścić we własne ubrania, dotarła do mnie smutna prawda. Prawdę mówiąc nie wiem ile kilogramów mi się nazbierało, bo jak wcześniej wspomniałam moja waga przed wyjazdem nie była dla mnie problemem, więc się nie ważyłam. Pamiętam jednak że było to około 55 kg (nadal w normie BMI). A najgorsze w tym wszystkim jest to nieszczęsne koło ratunkowe wokół moich bioder i talii. Mijają lata, a ja nie mogę się tego cholerstwa pozbyć. A zrobić coś z tym trzeba, póki wiek w miarę odpowiedni i metabolizm jeszcze jako taki. Dlatego też rozpoczynam bitwę o 55 kilogramów, o powrót do normalności, o dobre samopoczucie i dumę ze swojego ciała. Bo tu nie chodzi o mode, o to co inni powiedzą ani o to, że "wypada" być szczupłym i w dobrej kondycji. Tu chodzi o dobre samopoczucie. A z tym pontonem nie czuje się zbyt dobrze. I wiem, że będzie ciężko, bo łatwo się demotywuje, gdy nie widać efektów. Ale postaram się być twardą i dopiąć swego.

Promis :) 

środa, 10 lipca 2013

Ten o bitwie drugiej (ciąg dalszy)

Lekko opalony, zrelaksowany i wakacyjny Anglosaski Kot siedzi i nie myśli. Nie myśli, bo żyje chwilą. I w sumie w nosie ma to, że poprzedni post był kilka miesięcy temu, bo przecież działo się tyle, że nie sposób było tak po prostu usiąść i napisać. Jedną z ważniejszych rzeczy jaka wydarzyła się w kocim życiu to rewolucja duchowa objawiająca się większą świadomością względem otaczającego świata, ludzi, kwestii ekologi, minimalizmu, wegetarianizmu, medytacji, jogi, wyciszenia emocjonalnego i symbiozy ze wszystkim i wszystkimi. Precz poszły marzenia o mielonych, zamartwianie się o to co będzie za kilka, kilkanaście lat i konsumpcjonistyczne uganianie się za tym na co mnie nie stać a co jest mi z goła niepotrzebne do życia. A kolejne wpisy jakoś nie zbyt były mi potrzebne do szczęścia, więc dlatego też pojawiła się ta przerwa.
Plany jednak nadal są aktualne i w błędzie jest ten, który sądzi że spoczywam na laurach i nic w sprawie 11 punktów nie robię...

Co do bitwy czwartej, ale drugiej z kolei, to ciężko określić to jako kompletny sukces. Sukces byłby wtedy, gdyby wszystko poszło gładko, bez żadnych problemów czy też wątpliwości. Niestety z racji ogromnego stresu (jak się okazuje długa przerwa między jednym egzaminem a następnym nie działa na korzyść zdającego) nie udało mi się osiągnąć całkowitej perfekcji. Niemniej jednak zdałam, a o swoich błędach pamiętam i pamiętać będę. Uchroni mnie to przed podobnymi niedociągnięciami na następnych egzaminach. Bo przecież nie poprzestanę na 3 kyu, prawda?

A w rzędzie siedzi się bardzo dobrze. Bardzo, bardzo dobrze :)

Żeby nie było: zdjęcie ze strony www.kendo-geneve.ch
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...