wtorek, 5 marca 2013

Ten o bitwie pierwszej (part II)

Tłustawy Anglosaski Kot (minus 4 kg) przeciąga się i z pełną gracją pręży swoje cztery łapy, rozmarzonym wzrokiem podziwiając piękną, wiosenną pogodę za oknem. I wspomina stare, (z perspektywy mijających chwil) dobre czasy spędzone w dalekiej krainie, położonej o dwie i pół godziny od rodzinnego domostwa.

Na pierwszym roku edukacji w tym jakże nieprzyjemnym wielkopolskim klimacie, uczuciu dumy i szczęścia wtórowało rozgoryczenie i pewien niesmak. Otóż coraz częściej zdarzało się, że w kocim sercu gościło przekonanie, że coś jest nie tak. Bywały sytuacje gdy okazywało się, że bez większego problemu a tym bardziej wysiłku udawało mi się zbierać dobre noty a nawet stać się szczęśliwcem otrzymującym comiesięczne stypendium za dobre wyniki w nauce, co jest niewątpliwym sukcesem. Bywały jednak sytuacje gdy byłam pouczana przez tzw. fellow students, którym wydawało się, że znają historię Stanów Zjednoczonych lepiej niż moja skromna osoba. I nie chodzi tu o przerośnięte ego, ani o dumę, bo przecież na tym to polega, aby uczyć się do siebie nawzajem. W tym akurat nie było żadnego problemu. Chodziło natomiast o to JAK zostałam "poprawiona", w jak bezkompromisowy i jednoznaczny sposób, który nie znosił żadnego sprzeciwu, a dodatkowo kpił z mojej niewiedzy. Jak się oczywiście później kazało nie było żadnych podstaw do poprawiania moich wypowiedzi, bo tak jak cały czas sądziłam ten znaczek po pseudonimie Malcolma Little, radykalnego przywódcy ruchu afroamerykańskiego w Stanach Zjednoczonych, to nie rzymska cyfra "10" (co z wielkim zapałem próbowano mi wmówić), a litera X oznaczająca niewiadomą (czego byłam pewna bardziej niż daty swoich własnych urodzin). Racje mam od czasu do czasu, ale jeśli już ją mam, to bronię jej niczym lwica i do szewskiej pasji doprowadzają mnie osoby, które nie są w stanie uszanować moich opinii.
Takie sytuacje działały niezwykle niekorzystnie i obniżały zapał oraz chęć do dalszego studiowania w tym dalekim mieście. Również wczesne wstawanie (wczesne, tzn. wstawanie praktycznie w nocy, bo jak dla mnie 4 rano to jest ciemna, głucha noc), długie, ciężkie i męczące dojazdy PKP (bo nie ma to jak siedzieć w przedziale z irytującą młodzieżą w wieku gimnazjalnym, z podróżnymi, których główną pasją jest picie wódki w pociągach w czasie największych upałów, z osobami, które dawno nie widziały mydła oraz z innymi ciężkimi przypadkami permanentnego odmóżdżenia), a tym bardziej nie posiadanie jakichkolwiek życzliwych osób w owym mieście sprawiało, że psychicznie przechodziłam istne piekło na ziemi. W związku z brakiem kocich sprzymierzeńców, Kot spał gdzie popadło: w akademikach, zatęchłych hostelach, zawilgoconych schroniskach dla młodzieży. Każdy weekend w innym miejscu. Jak można się było domyślać, taki system nie działa dobrze na osobniki o raczej słabej psychice. I jak się później okazało, nie była to wcale kwestia wygody, a raczej bezpieczeństwa i spokoju psychicznego. Konsekwencją tego i kilku innych czynników były stany lękowe przed każdym wyjazdem a to w ostateczności doprowadziło do tzw. IBS, którego posiadaczem mam wątpliwy zaszczyt być. I musiałam poświęcić 4 lata, jedną wizytę u psychoterapeuty, niezliczoną ilość pieniędzy i własne jelita, aby w końcu zostać filologiem z tytułem magistra. Samo tworzenie pracy magisterskiej również trwało długo, głównie ze względu na brak wiary w to, że te bazgroły o facecie piszącym o tym jak to inny facet nękany jest przez marudnego i irytującego kruka rzeczywiście mają sens i są cokolwiek warte. Niemniej jednak, kilka dni temu, w pewien dość słoneczny poranek, o godzinie 10:15 udało mi się odebrać dyplom ukończenia studiów wyższych.


Tym oto sposobem Ladies and Gentlemen BITWA O KRUKA została wygrana.
...10 more to go :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...