wtorek, 10 grudnia 2013

Ten o bitwie szóstej (część druga, ostatnia)

Anglosaski Kot siedzi w pracy przed monitorem z wywieszonym ozorem i na wpół otwartą paszczą, przełykając ślinę na dwa razy, co jakiś czas masując językiem obolałe wargi. Trzeba było zabrać wosk...

Każda z bitew zaplanowanych tych kilka miesięcy temu jest ważna. Jednak niektóre z nich są ważniejsze niż reszta, mają większe znaczenie i wymagały więcej odwagi i zaangażowania. Dlatego cieszy mnie niezmiernie fakt, że udało się zwyciężyć akurat w tej bitwie. Co prawda o zwycięstwie ostatecznym można będzie mówić za jakieś 2 lata, ale prawdę powiedziawszy jestem na prostej drodze do sukcesu (wole myśleć w ten sposób niż skupiać się na negatywnych aspektach zaistniałej sytuacji). 

Od wczoraj, a konkretnie od godziny 15:00, zostałam uzbrojona w dwa aparaty. Jeden z nich (aparat stały) na dwa lata, drugi (aparat Haasa) na 3 miesiące. Potem jego miejsce zastąpi również aparat stały, czego nie mogę się wprost doczekać.


Póki co muszę się zmagać z okazjonalnymi odruchami wymiotnymi, jako że całe podniebienie zostało zaklejone plastikiem, który raz na jakiś czas ociera się o tylną część języka, z bólem ciągłym i nieustającym, z dyskomfortem, otarciami po wewnętrznej stronie warg, problemami z jedzeniem (papki, kaszki only!) problemami z przełykaniem, mówieniem i niewyglądaniem głupio (nadmierna ilość plastiku uniemożliwia zamknięcie paszczy, przez co na moim licu objawia się permanentny wyraz zdziwienia i szoku). 

Ale jest dobrze. Jest naprawdę dobrze. Jest ciężko, ale póki co jest dobrze i nie planuję, żeby było inaczej. Jeszcze tylko trzy miesiące, minie jak jeden dzień (mam nadzieję) a potem to już poleci z górki! Najważniejsze nie jest cierpienie, ból czy dyskomfort. Najważniejszy jest powód dla którego to robię. A powód mam, motywację zresztą też. I Bóg mi świadkiem, że się nie ugnę. Nie zapłaczę. Nie zwątpię. To wszystko ma sens.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...