sobota, 6 kwietnia 2013

Ten o bitwie drugiej (ale czwartej z kolei)

Tłusty Anglosaski Kot siedzi sobie na krzesełku, w nowych butach, które w ciągu ostatniej doby zostały już określone mianem "kaloszy" oraz "ciut przydużych kowbojskich trzewików". Niemniej jednak są one wygodne, a przecież tylko to się liczy... podobno. Odliczając minuty, a właściwie godziny do końca szkolenia, czeka na zbliżający się weekend, który też zbyt długo nie potrwa. Raptem kilka godzin. Ot uroki pracy siedem dni w tygodniu. To jednak Kota nie smuci, bo z tyłu głowy co rusz pojawia się myśl, że oto już za pięć dni wyjedzie sobie het daleko, na obczyznę w doborowym towarzystwie, z litrami trunków i z błogim przeświadczeniem, które w skrócie można opisać jako: "I don't care". Póki jednak ten czas nie nastanie, Anglosaski Kot, będąc jednostką przesądną i rozważną stara się nazbyt nie ekscytować owym wyjazdem, ot tak, na wszelki wypadek gdyby (tfu tfu) miało się okazać <puka w niemalowane> że jakimś cudem <pluje przez lewe ramię> pojechać nie może. Cieszenie się z wyjazdu, Tłuścioch zostawia więc na później i zapewne będzie to moment w którym wsiądzie do pociągu, a ów ruszy ospale w odpowiednim kierunku. I to zapewne wtedy wpadnę w szał i niebotyczną ekscytację wiedząc, że następne kilka dni spędzę na tym, co Anglosaskie Koty lubią najbardziej. 
Jednym z celów tej kilkudniowej wycieczki są Mistrzostwa w pewnej dość osobliwej dyscyplinie, którą sobie upodobałam mniej więcej pięć lat temu. Ale o tym może troszkę później.

Bitwa o miejsce w rzędzie
Part I

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy jest mu wyjątkowo ciężko. Jeśli nie ma się dość dużej wi
ary w siebie, jeśli nie jesteśmy zadowoleni ze swoich dokonań, nie czujemy się dobrze sami ze sobą a do tego nie mamy nikogo z kim można by szczerze porozmawiać, łatwo w takim momencie zbłądzić, pogubić się i niebezpiecznie zbliżyć do krawędzi, oddzielającej to co jest tu i teraz od miejsca, z którego powrotu już nie ma. Jakkolwiek by tych zaburzeń nie nazwał, taki depresyjny stan potrafi strasznie dawać w kość i uprzykrzyć praktycznie każdą nawet najprostszą czynność. Ja miałam to szczęście w nieszczęściu, że sama sobie jakoś z tym poradziłam, nie czekając na nic sama poszłam do lekarza biorąc zdrowie psychiczne we własne ręce i walcząc ostatkami sił o normalność. Oczywiście cały ten misterny plan powrotu do normalności spaliłby na panewce gdyby nie ogromna pomoc bliskich, a właściwie kilku osób, które wspierały mnie na każdym kroku. Niestety nieszczęściem w tym wszystkim było to, że do tej garstki osób nie dało się zaliczyć moich rodzicieli, którzy w swojej wielkiej miłości do córki, mogliby nie udźwignąć powagi sytuacji. Zresztą co tu kryć, jest to pokolenie, dla którego problemy psychiczne albo nie istnieją w ogóle, albo (jeśli już) zawsze sprowadzają się do dożywotniego pobytu w małym pokoiku bez okien, gdzie ściany pokryte są miękkim białym skóropodobnym materiałem, a ubrania wyjątkowo mocno krępują ruchy. Dlatego tez nie było możliwości podzielenia się swoimi problemami z tymi dwiema, jakże ukochanymi przeze mnie osobami. 
Poza wcześniej wspomnianą grupą wsparcia bardzo pomocny okazał się być wysiłek fizyczny. Tego pamiętnego wieczoru, w trakcie rozmowy z powiernikiem moich tragedyji życiowych, padła propozycja abym przyszła na trening, wyżyła się fizycznie, psychicznie
a kto wie, może mi to pomoże i choć trochę ukoi nerwy.  Idąc na ten pierwszy trening nie zdawałam sobie sprawy z tego, że będę tak chodzić przez kolejnych pięć lat (z mniejszymi lub większymi przerwami), przy okazji poznając wspaniałych ludzi i zawierając przyjaźnie, kto wie, może i na całe życie. I tak to proszę państwa było, tak się zaczęła przygoda ze sztuką walki, szerzej znaną jako Kendo. I nie bez kozery piszę ową nazwę z dużej litery, jako że dzięki dynamice, formie oraz ideom tego właśnie sportu udało mi się cudem ozdrowieć niczym ten Łazarz uleczony mocą Syna Wszechmocnego, za co jestem niezwykle wdzięczna. 
I głupcem jest ten, który uważa że sport jest łatwy, prosty i obfitujący w przyjemności. Jak wiele osób praktykujących Kendo często stwierdza "jesteśmy nienormalni sądząc, że najcudowniejszą formą spędzania wolnego czasu jest zdzieranie sobie stóp do krwi, darcie przysłowiowej mordy, doprowadzanie się do granic wytrzymałości fizycznej, gdzie niewiele dzieli człowieka od omdlenia, naparzanie się po głowach i rękach bambusem, nabijanie sobie i innym siniaków, jak również pocenie się niczym ta świnia w futrze z norek biegająca po saunie". Mili państwo, prawda jest taka, że to JEST jedna z najlepszych form spędzania wolnego czasu. I tak jak w życiu bywa, czasem chce się bardziej, czasem mniej, ale ciężko jest rzucić to wszystko w cholerę i tak po prostu przestać. Trzeba iść do przodu, osiągając tym samym kolejne szczyty, wygrywając ze swoimi słabościami. Tak się właśnie składa, że w Kendo szczyty można osiągać uzyskując stopnie. Pokrótce sprawa przedstawia się jak następuje: przygotować się do egzaminów a później (lepiej lub gorzej) zdać tenże egzamin... lub go nie zdać... czyli zdać, ale nieco później. I tak to "bujałam się" z decyzją podejścia do egzaminu na 3 kyu przez około dwa lata, bo w porównaniu z poprzednimi dwoma egzaminami, które zdałam bez większych komplikacji, tutaj poprzeczka została jak zawsze podwyższona, bo poza standardowymi formami, które należało pokazać, a które wcześniej nie sprawiały większych trudności, tutaj trzeba było zaprezentować się w prawdziwej walce. W dodatku nie jednej a w dwóch. Niby nic, a stres wyjątkowy. Przez kilka lat była to sprawa, która ciągnęła się za mną niczym smród po gaciach i kiedy nie było już żadnych wymówek, kiedy i zdrowie dopisywało i wiedza była już wystarczająca, przyszedł czas na to, by stanąć do walki ze samym sobą i w końcu wygrać tę bitwę stając się pełnoprawnym trzecim kyu. A kiedy przyjdzie czas na zbiórkę i kiedy wszystcy kendocy ustawią się w szeregu, jeden obok drugiego, w kolejności od stopnia najwyższego do najniższego, zasiąść bliżej początku, między tymi z wyższym stopniem, a tymi z niższym. Usiąść i siedzieć z dumą, bo żaden strach nie powstrzymał mnie przed zrealizowaniem zamierzonego celu. 
To be continued...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...