wtorek, 5 lutego 2013

Ten o bitwie pierwszej

Tłustawy (ale już troszkę mniej niż ostatnio) Anglosaski Kot z niecierpliwości przebiera swymi kocimi stopami pod dębowym, podwójnie lakierowanym biurkiem, przy którym aktualnie siedzi. Owa nieprzeciętna ekscytacja jest jak najbardziej uzasadniona. Okazało się bowiem, że według rzetelnych obliczeń grupy amerykańskich naukowców, liczyć można na rychły koniec pierwszej bitwy, jako że został on przewidziany na najbliższy piątek, dnia wielkiego - ósmego lutego. Anglosaski Kot z pełną powagą, co jakiś czas poprawiając swą czapkę stosowną dla generała sił alianckich, zabiera się do tworzenia misternego oraz niezwykle skomplikowanego planu przechwycenia cennej przesyłki, aktualnie znajdującej się w rękach nieprzyjaciela.

Bitwa o Kruka
Part I

Ten Pan od Kruka
Niewiele jest rzeczy, które na przestrzeni tych wielu lat przychodziły mi z łatwością. Najczęstszą przyczyną tego stanu rzeczy była wrodzona ślamazarność, strach przed kompromitacją lub dziki upór. No bo proszę mi wytłumaczyć jak robić coś, co się człowiekowi nie podoba, albo co nie współgra z jego poglądami politycznymi/religijnymi/filozoficznymi/etycznymi? Co więcej, jak zmusić do współpracy swe niemrawe ciało gdy człowiek musi powtórzyć pewne ćwiczenie polegające na wybiciu się z lewej nogi, pamiętając aby nie zanadto śpieszyć się z ruchem rąk, które jednocześnie muszą współgrać z prawą stopą (a przy tym wszystkim nie upaść na twarz lub nie zbić sobie pięty). I co z tego, że ów człowiek doskonale wie jak wykonać to ćwiczenie, bo widział je miliony razy na własne oczy. Co z tego, że jest w stanie rozrysować je w sposób graficzny używając szkiców o dowolnej wielkości, przygotować prezentację multimedialną trwającą 45 minut, opisać strategię wykonywania owego ćwiczenia we wszystkich znanych mu językach obcych, jak również zaprezentować w formie sztuki dramatycznej pod nazwą "Ból istnienia a idealne fumikomi", tudzież napisać dysertację pod tym samym tytułem. Co z tego, jeśli ciało nie słucha i zapiera się zadnimi łapami przed poprawnym wykonaniem ćwiczenia, niczym kot przed wejściem do wanny pełnej wody. 

Edukacja na poziomie studiów wyższych przebiegała w dość spokojny, niczym nie zmącony sposób. Pierwsze trzy lata wspominam rzewnie i z uśmiechem, jako że w tym czasie nawiązały się wiele dla mnie znaczące przyjaźnie i znajomości. Jednak ten czas szybko minął i po obronie tytułu licencjatu przyszedł długo wyczekiwany moment wyboru uczelni, która dałaby możliwość zdobycia tytułu "mgr". I czy to była właśnie ta ślamazarność, czy upór, czy też może strach przed kompromitacją, bo moje 2,5 roku studiów uzupełniających zamieniło się w 4 długie lata, opiewające w nerwy, stres oraz frustracje, które spowodowały u mnie pojawienie się zespołu jelita drażliwego, co (nie oszukujmy się) wyzwala w chorym równie fantastyczne uczucia, co bieganie boso po porozrzucanych klockach Lego.

I będąc kompletnie szczerą, nadal nie wiem jakim cudem zostałam przyjęta na tę uczelnie. Uczelnie nie byle jaką, bo wysoko plasującą się w rankingach krajowych, zajmującą zaszczytne miejsce na podium lub tuż za nim, z szanowaną kadrą oraz przestronnym holem głównym. Doprawdy ciężko w to uwierzyć, bo biorąc pod uwagę fakt, iż żadna inna szanowana uczelnia nie uważała mnie za studentkę godną ich murów, to jeszcze mniejsze szanse miałam właśnie tam. Należy również zauważyć, że w dniu rozmowy wstępnej na owej uczelni byłam... co tu dużo mówić... chora. I żeby to był jakiś ból w krzyżu... Nie, nie. Lepsza grypa i to taka z efektami dźwiękowymi i wizualnymi, z przysłowiowymi gilami po pas i otępieniem umysłowym większym niż zwykle. Ale cóż było począć. Ostatnia szansa i to do tego taka uczelnia. Jechałam pociągiem z duszą na ramieniu, która po dotarciu na miejsce zbladła jak i ja zbladłam, bo oto okazało się, że owa rozmowa nie będzie dotyczyła pracy licencjackiej (tak jak mi się zdawało wcześniej). Zamiast tego będę miała wątpliwy zaszczyt porozmawiać sobie z profesorami na temat dwóch książek, których nawet na oczy nie widziałam, a gdzie tu mówić o czytaniu ich treści. I chyba tylko to moje otępienie spowodowane chorobą uchroniło mnie przed rychłym zawałem, tudzież apopleksją, bo jedyną moją reakcja było tzw. shrug one's shoulders, po czym bez okazywania większego przejęcia weszłam do sali. Sali, w której jak mi się zdawało wtedy, usiądę wygodnie w fotelu i po raz pierwszy i ostatni popatrzę sobie na mądrych panów Profesorów, z którymi nie będę miała więcej styczności, a obejrzeć ich przepełnione intelektem lica będę mogła co najwyżej na stronie internetowej wydziału. Po wyjściu z sali, w której jedynym sensownym zdaniem, które pamiętam, a które zostało wypowiedziane przez moją szanowną osobę było jakże rozbudowane "BBC" (odpowiedź na pytanie dotyczące znanych mi rozgłośni radiowych w Wielkiej Brytanii), opuściłam mury Uniwersytetu i wróciłam do domu z podkulonym ogonem. Nie ma więc potrzeby tłumaczyć i opisywać jak bardzo byłam pewna swojej klęski. 

I jakież było moje zdziwienie kiedy koleżanka z grupy, z która studiowałam wcześniej, a która również była na owej rozmowie tego pamiętnego dnia, przeczytała wymagane lektury a na dodatek moim subiektywnym zdaniem była wyposażona w o wiele większy arsenał wiedzy nie została przyjęta na uczelnie. Zachęcała mnie jednak abym sprawdziła czy może aby mnie nie przyjęli, wszak sama wyników rozmowy wstępnej nie sprawdziłam, bo i po co mi to by było, skoro wydusiłam z siebie tylko jedno słowo i w ogóle bardziej tam byłam obecna ciałem niż duchem, skazując się tym samym na wiekopomny blamaż, który będą wspominać pokolenia. Nie mając nic lepszego do roboty poszłam jednak za radą koleżanki i sprawdziłam na stronie internetowej wydziału wyniki. I nie wiedzieć czemu, z jakiej okazji, dzięki komu i w ogóle na miłość boską jakim cudem... zostałam przyjęta, stając się tym samym pełnoprawnym, z krwi i kości studentem pierwszego roku studiów uzupełniających. I doprawdy, do dnia dzisiejszego, nie wiem jak to się stało...

Cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...