wtorek, 10 grudnia 2013

Ten o bitwie szóstej (część druga, ostatnia)

Anglosaski Kot siedzi w pracy przed monitorem z wywieszonym ozorem i na wpół otwartą paszczą, przełykając ślinę na dwa razy, co jakiś czas masując językiem obolałe wargi. Trzeba było zabrać wosk...

Każda z bitew zaplanowanych tych kilka miesięcy temu jest ważna. Jednak niektóre z nich są ważniejsze niż reszta, mają większe znaczenie i wymagały więcej odwagi i zaangażowania. Dlatego cieszy mnie niezmiernie fakt, że udało się zwyciężyć akurat w tej bitwie. Co prawda o zwycięstwie ostatecznym można będzie mówić za jakieś 2 lata, ale prawdę powiedziawszy jestem na prostej drodze do sukcesu (wole myśleć w ten sposób niż skupiać się na negatywnych aspektach zaistniałej sytuacji). 

Od wczoraj, a konkretnie od godziny 15:00, zostałam uzbrojona w dwa aparaty. Jeden z nich (aparat stały) na dwa lata, drugi (aparat Haasa) na 3 miesiące. Potem jego miejsce zastąpi również aparat stały, czego nie mogę się wprost doczekać.


Póki co muszę się zmagać z okazjonalnymi odruchami wymiotnymi, jako że całe podniebienie zostało zaklejone plastikiem, który raz na jakiś czas ociera się o tylną część języka, z bólem ciągłym i nieustającym, z dyskomfortem, otarciami po wewnętrznej stronie warg, problemami z jedzeniem (papki, kaszki only!) problemami z przełykaniem, mówieniem i niewyglądaniem głupio (nadmierna ilość plastiku uniemożliwia zamknięcie paszczy, przez co na moim licu objawia się permanentny wyraz zdziwienia i szoku). 

Ale jest dobrze. Jest naprawdę dobrze. Jest ciężko, ale póki co jest dobrze i nie planuję, żeby było inaczej. Jeszcze tylko trzy miesiące, minie jak jeden dzień (mam nadzieję) a potem to już poleci z górki! Najważniejsze nie jest cierpienie, ból czy dyskomfort. Najważniejszy jest powód dla którego to robię. A powód mam, motywację zresztą też. I Bóg mi świadkiem, że się nie ugnę. Nie zapłaczę. Nie zwątpię. To wszystko ma sens.  

czwartek, 19 września 2013

Ten o bitwie szóstej, z ósemką w roli głównej

Anglosaski Kot, z bijącym niczym Dzwon Zygmunta sercem, z przerażoną i niemalże łkającą duszą i z napływającymi falami gorąca siedzi w kąciku i myśli o tym, jakie jego życie było piękne w dniu wczorajszym a jak straszne jest dzisiaj. Dzisiaj. O matko kochana dzisiaj.

Dzisiaj zaleję się krwią, spędzę na fotelu dentystycznym długie godziny lub minuty (w zależności od tego jak nam pójdzie) a potem z obolałą mordką pójdę do domu i będę nienawidzić świat całym swoim jestestwem. Takie oto są konsekwencje (nie)posiadania zębów mądrości.

Są ludzie którzy rodzą się z pięknym, "hollywoodzkim" uśmiechem. Nie chodzi bynajmniej o to, że rodzą się od razu z zębami na wierzchu, z włosami na żel i w smokingu, ale o to, że kiedy dorastają, nie muszą chodzić do dentysty, do ortodonty, zęby same rosną tam gdzie powinny, same aranżują wystrój jamy ustnej i są w stanie rozplanować układ uzębienia, tak by żaden aparat ortodontyczny nie był potrzebny. Dodatkowo rosną odpowiedniej wielkości, zgrabne, drobne, błyskotliwe, najczęściej znają jeszcze kilka języków obcych i posiadają złotą kartę kredytową. I tak było z moim szanownym bratem, który może i włosów na żel nie ma, ale uśmiech ma taki, że ho ho. I to on pochłonął wszystkie geny zapewniające ładne uzębienie. Bo na mnie już tych genów nie starczyło. W ten właśnie sposób otrzymałam od losu duże, dorodne, pełnowartościowe zęby, które niestety nie mieściły się w mojej wąskiej szczęce, wyposażonej dodatkowo w tzw. gotyckie podniebienie (które, jak się niedawno dowiedziałam, jest wadą genetyczną). Tak więc jedynki postanowiły być na piedestale, więc powiększyły swoją normalną objętość i poszły na przód niczym Husaria w bitwie pod Kircholmem w 1605, dwójki się zawstydziły i postanowiły się schować w cieniu pobratymców, trójki zaciekawione tym co będzie się działo na polu bitwy poszły na przód, żeby lepiej widzieć, czwórki zniknęły (tzw. ekstrakcja), bo... cóż... nie było dla nich miejsca, a jedynie piątki i szóstki są w miarę normalne... pomijając oczywiście ich wielkość. I ta nieszczęsna ósemka prawa, która nie zmieściła się w szeregu i postanowiła wyrosnąć nad szeregiem, przesuwając całą kompanie w lewo. Jak taki niski, łysy kaban z wielkimi barami, który rozpycha się w kolejce, bo myśli że mu wszystko wolno.

Z biegiem lat nic się nie zmieniło. Zmienił się jedynie mój upór względem zmian. Wcześniej szanowna rodzicielka robiła dosłownie wszystko, żeby zgryz mój doprowadzić do jako takiego ładu. Ilość wizyt w publicznych zakładach ortodontycznych można by zliczyć na palcach mylionów ludzi (co ciekawe, nigdy nie zmuszono mnie do założenia aparatu stałego... do dziś zastanawiam się czy to nie był błąd). Ale jako że byłam upartym dzieckiem i nie chciałam nosić aparatu, moja kariera pacjentki placówki ortodontycznej zakończyła się jakieś 14 lat temu.
Czas mijał, a mi jakoś coraz bardziej zaczęło zależeć na zmianie. Nawet pisanie o tym wydaje się być emocjonalnie niewygodne i nieprzyjemne. W związku z tym przyszedł czas aby zrobić to z własnej inicjatywy, osobiście i na własne żądanie, choć podejrzewam, że rodzicielce zależy na zmianie równie mocno.

classymissmolassy.tumblr.com/
Plan na bitwę szóstą był prosty:
1) zmobilizować się, przemóc strach i zapisać się do dentysty na leczenie
2) dowiedzieć się, że te 4 zęby do leczenia zamieniły się w całą jedenastkę. Tak. Jedenaście zębów do leczenia, na te 25, które posiadam
3) siedem miesięcy i ok 1200 zł później usłyszeć "zapraszam za pół roku na rutynową kontrolę"
4) wyrwać ostatnią "ósemkę", która blokuje górne zęby i z racji tego ze się nie mieści, przesuwa wszystkie sąsiadujące twory jamy ustnej w drugą stronę
5) przeżyć wyrwanie
6) wybrać dwóch ortodontów, a po konsultacji wybrać tego, którego pokocham i który mnie (mam nadzieję) uleczy
7) uzbierać fundusze na aparat
8) założyć aparat i przyzwyczaić się do bólu
9) po X lat zdjąć i cieszyć się "hollywoodzkim" uśmiechem, który mi odebrał rodzony brat, pożerając geny pięknego uśmiechu.

Jest wrzesień. Póki co udało się zrealizować plan nr 1, 2, 3, połowicznie 6 oraz 7. Plan ósmy zostanie zrealizowany przed końcem tego roku. Plan 4 i 5 zostanie zrealizowany dzisiaj. Dzisiaj. Matko kochana, a prawie już zapomniałam. Jakiż to był błogi stan...

czwartek, 18 lipca 2013

Ten o bitwie trzeciej

Anglosaski Kot jest na półmetku. No dobra... trochę dalej niż na półmetku. Ale w dalszym ciągu nie zapomina o swoich planach i założeniach, o których rozpisywał się pół roku temu. I zdaję sobie sprawę, że nie wszystko uda się zrealizować w tym roku. Kilku punktów (a konkretnie dwóch, w porywach do trzech) nie uda się wykonać z racji braku nakładów finansowych oraz ram czasowych, których nie da się wygiąć w żaden sposób). Niemniej jednak, jeśli udałoby się zrealizować pozostałą resztę, będzie to ogromny sukces. Anglosaski Kot zabiera więc graty i wraca do swojego centrum dowodzenia, gdzie z niekrytą radością opowie o kolejnej potyczce, która czai się na horyzoncie.

Jak to mówią, trzeba się skupiać na jednym celu. W przeciwnym razie człowiek pogubi się w swoich założeniach, chcąc ogarnąć kilka rzeczy jednocześnie stanie w mentalnym rozkroku, a to (wczesniej czy później) niechybnie skończy się katastrofą. Tak mówię ja. Więc mimo tego, że jestem w trakcie rozgrywania trzech potyczek jednocześnie, na trzech różnych frontach, skupię się na razie na jednej.

Bitwa o 55
Part I

Kiedyś byłam młoda, piękna (szczególnie w pełnym mroku), i szczupła. Teraz jestem nadal piękna (niestety nadal głównie w ciemnościach) i... no właśnie. Bo szczupła to raczej nie. Już nie. Ach gdzie te czasy, kiedy człowiek klepnął się w jedno biodro i nie spostrzegł żadnej fali pędzącej w kierunku przeciwległego biodra, z prędkością porównywalną z największymi falami tsunami. Ach gdzież te czasy kiedy to człowiek pochylał się w celu zasznurowania trzewików i poza majestatycznymi piersiami nie odznaczało się nic. Nic, mili państwo. Ani jednej fałdki. I waga była również zacna. I człowiek czuł się z tym tak dobrze, że nawet tego nie zauważał, tego jaki jest szczupły i powabny. Ale któregoś dnia wszystko uległo diametralnej zmianie. Nie ciąża, nie choroba, a wizyta na Wyspach Królewskich załatwiła mnie na cacy. 

Najlepszy pomysł ever!
Wyjechałam w celach rekreacyjno-zarobkowych, ot na dwa miesiące, żeby troszkę dorobić a przy okazji popodziwiać sobie zielone wzgórza Irlandzkie. Wyjechał smukły kociak, wrócił tłusty waleń. Co ciekawe, nie zauważyłam zmiany. Dopiero kiedy przestałam się mieścić we własne ubrania, dotarła do mnie smutna prawda. Prawdę mówiąc nie wiem ile kilogramów mi się nazbierało, bo jak wcześniej wspomniałam moja waga przed wyjazdem nie była dla mnie problemem, więc się nie ważyłam. Pamiętam jednak że było to około 55 kg (nadal w normie BMI). A najgorsze w tym wszystkim jest to nieszczęsne koło ratunkowe wokół moich bioder i talii. Mijają lata, a ja nie mogę się tego cholerstwa pozbyć. A zrobić coś z tym trzeba, póki wiek w miarę odpowiedni i metabolizm jeszcze jako taki. Dlatego też rozpoczynam bitwę o 55 kilogramów, o powrót do normalności, o dobre samopoczucie i dumę ze swojego ciała. Bo tu nie chodzi o mode, o to co inni powiedzą ani o to, że "wypada" być szczupłym i w dobrej kondycji. Tu chodzi o dobre samopoczucie. A z tym pontonem nie czuje się zbyt dobrze. I wiem, że będzie ciężko, bo łatwo się demotywuje, gdy nie widać efektów. Ale postaram się być twardą i dopiąć swego.

Promis :) 

środa, 10 lipca 2013

Ten o bitwie drugiej (ciąg dalszy)

Lekko opalony, zrelaksowany i wakacyjny Anglosaski Kot siedzi i nie myśli. Nie myśli, bo żyje chwilą. I w sumie w nosie ma to, że poprzedni post był kilka miesięcy temu, bo przecież działo się tyle, że nie sposób było tak po prostu usiąść i napisać. Jedną z ważniejszych rzeczy jaka wydarzyła się w kocim życiu to rewolucja duchowa objawiająca się większą świadomością względem otaczającego świata, ludzi, kwestii ekologi, minimalizmu, wegetarianizmu, medytacji, jogi, wyciszenia emocjonalnego i symbiozy ze wszystkim i wszystkimi. Precz poszły marzenia o mielonych, zamartwianie się o to co będzie za kilka, kilkanaście lat i konsumpcjonistyczne uganianie się za tym na co mnie nie stać a co jest mi z goła niepotrzebne do życia. A kolejne wpisy jakoś nie zbyt były mi potrzebne do szczęścia, więc dlatego też pojawiła się ta przerwa.
Plany jednak nadal są aktualne i w błędzie jest ten, który sądzi że spoczywam na laurach i nic w sprawie 11 punktów nie robię...

Co do bitwy czwartej, ale drugiej z kolei, to ciężko określić to jako kompletny sukces. Sukces byłby wtedy, gdyby wszystko poszło gładko, bez żadnych problemów czy też wątpliwości. Niestety z racji ogromnego stresu (jak się okazuje długa przerwa między jednym egzaminem a następnym nie działa na korzyść zdającego) nie udało mi się osiągnąć całkowitej perfekcji. Niemniej jednak zdałam, a o swoich błędach pamiętam i pamiętać będę. Uchroni mnie to przed podobnymi niedociągnięciami na następnych egzaminach. Bo przecież nie poprzestanę na 3 kyu, prawda?

A w rzędzie siedzi się bardzo dobrze. Bardzo, bardzo dobrze :)

Żeby nie było: zdjęcie ze strony www.kendo-geneve.ch

sobota, 6 kwietnia 2013

Ten o bitwie drugiej (ale czwartej z kolei)

Tłusty Anglosaski Kot siedzi sobie na krzesełku, w nowych butach, które w ciągu ostatniej doby zostały już określone mianem "kaloszy" oraz "ciut przydużych kowbojskich trzewików". Niemniej jednak są one wygodne, a przecież tylko to się liczy... podobno. Odliczając minuty, a właściwie godziny do końca szkolenia, czeka na zbliżający się weekend, który też zbyt długo nie potrwa. Raptem kilka godzin. Ot uroki pracy siedem dni w tygodniu. To jednak Kota nie smuci, bo z tyłu głowy co rusz pojawia się myśl, że oto już za pięć dni wyjedzie sobie het daleko, na obczyznę w doborowym towarzystwie, z litrami trunków i z błogim przeświadczeniem, które w skrócie można opisać jako: "I don't care". Póki jednak ten czas nie nastanie, Anglosaski Kot, będąc jednostką przesądną i rozważną stara się nazbyt nie ekscytować owym wyjazdem, ot tak, na wszelki wypadek gdyby (tfu tfu) miało się okazać <puka w niemalowane> że jakimś cudem <pluje przez lewe ramię> pojechać nie może. Cieszenie się z wyjazdu, Tłuścioch zostawia więc na później i zapewne będzie to moment w którym wsiądzie do pociągu, a ów ruszy ospale w odpowiednim kierunku. I to zapewne wtedy wpadnę w szał i niebotyczną ekscytację wiedząc, że następne kilka dni spędzę na tym, co Anglosaskie Koty lubią najbardziej. 
Jednym z celów tej kilkudniowej wycieczki są Mistrzostwa w pewnej dość osobliwej dyscyplinie, którą sobie upodobałam mniej więcej pięć lat temu. Ale o tym może troszkę później.

Bitwa o miejsce w rzędzie
Part I

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy jest mu wyjątkowo ciężko. Jeśli nie ma się dość dużej wi
ary w siebie, jeśli nie jesteśmy zadowoleni ze swoich dokonań, nie czujemy się dobrze sami ze sobą a do tego nie mamy nikogo z kim można by szczerze porozmawiać, łatwo w takim momencie zbłądzić, pogubić się i niebezpiecznie zbliżyć do krawędzi, oddzielającej to co jest tu i teraz od miejsca, z którego powrotu już nie ma. Jakkolwiek by tych zaburzeń nie nazwał, taki depresyjny stan potrafi strasznie dawać w kość i uprzykrzyć praktycznie każdą nawet najprostszą czynność. Ja miałam to szczęście w nieszczęściu, że sama sobie jakoś z tym poradziłam, nie czekając na nic sama poszłam do lekarza biorąc zdrowie psychiczne we własne ręce i walcząc ostatkami sił o normalność. Oczywiście cały ten misterny plan powrotu do normalności spaliłby na panewce gdyby nie ogromna pomoc bliskich, a właściwie kilku osób, które wspierały mnie na każdym kroku. Niestety nieszczęściem w tym wszystkim było to, że do tej garstki osób nie dało się zaliczyć moich rodzicieli, którzy w swojej wielkiej miłości do córki, mogliby nie udźwignąć powagi sytuacji. Zresztą co tu kryć, jest to pokolenie, dla którego problemy psychiczne albo nie istnieją w ogóle, albo (jeśli już) zawsze sprowadzają się do dożywotniego pobytu w małym pokoiku bez okien, gdzie ściany pokryte są miękkim białym skóropodobnym materiałem, a ubrania wyjątkowo mocno krępują ruchy. Dlatego tez nie było możliwości podzielenia się swoimi problemami z tymi dwiema, jakże ukochanymi przeze mnie osobami. 
Poza wcześniej wspomnianą grupą wsparcia bardzo pomocny okazał się być wysiłek fizyczny. Tego pamiętnego wieczoru, w trakcie rozmowy z powiernikiem moich tragedyji życiowych, padła propozycja abym przyszła na trening, wyżyła się fizycznie, psychicznie
a kto wie, może mi to pomoże i choć trochę ukoi nerwy.  Idąc na ten pierwszy trening nie zdawałam sobie sprawy z tego, że będę tak chodzić przez kolejnych pięć lat (z mniejszymi lub większymi przerwami), przy okazji poznając wspaniałych ludzi i zawierając przyjaźnie, kto wie, może i na całe życie. I tak to proszę państwa było, tak się zaczęła przygoda ze sztuką walki, szerzej znaną jako Kendo. I nie bez kozery piszę ową nazwę z dużej litery, jako że dzięki dynamice, formie oraz ideom tego właśnie sportu udało mi się cudem ozdrowieć niczym ten Łazarz uleczony mocą Syna Wszechmocnego, za co jestem niezwykle wdzięczna. 
I głupcem jest ten, który uważa że sport jest łatwy, prosty i obfitujący w przyjemności. Jak wiele osób praktykujących Kendo często stwierdza "jesteśmy nienormalni sądząc, że najcudowniejszą formą spędzania wolnego czasu jest zdzieranie sobie stóp do krwi, darcie przysłowiowej mordy, doprowadzanie się do granic wytrzymałości fizycznej, gdzie niewiele dzieli człowieka od omdlenia, naparzanie się po głowach i rękach bambusem, nabijanie sobie i innym siniaków, jak również pocenie się niczym ta świnia w futrze z norek biegająca po saunie". Mili państwo, prawda jest taka, że to JEST jedna z najlepszych form spędzania wolnego czasu. I tak jak w życiu bywa, czasem chce się bardziej, czasem mniej, ale ciężko jest rzucić to wszystko w cholerę i tak po prostu przestać. Trzeba iść do przodu, osiągając tym samym kolejne szczyty, wygrywając ze swoimi słabościami. Tak się właśnie składa, że w Kendo szczyty można osiągać uzyskując stopnie. Pokrótce sprawa przedstawia się jak następuje: przygotować się do egzaminów a później (lepiej lub gorzej) zdać tenże egzamin... lub go nie zdać... czyli zdać, ale nieco później. I tak to "bujałam się" z decyzją podejścia do egzaminu na 3 kyu przez około dwa lata, bo w porównaniu z poprzednimi dwoma egzaminami, które zdałam bez większych komplikacji, tutaj poprzeczka została jak zawsze podwyższona, bo poza standardowymi formami, które należało pokazać, a które wcześniej nie sprawiały większych trudności, tutaj trzeba było zaprezentować się w prawdziwej walce. W dodatku nie jednej a w dwóch. Niby nic, a stres wyjątkowy. Przez kilka lat była to sprawa, która ciągnęła się za mną niczym smród po gaciach i kiedy nie było już żadnych wymówek, kiedy i zdrowie dopisywało i wiedza była już wystarczająca, przyszedł czas na to, by stanąć do walki ze samym sobą i w końcu wygrać tę bitwę stając się pełnoprawnym trzecim kyu. A kiedy przyjdzie czas na zbiórkę i kiedy wszystcy kendocy ustawią się w szeregu, jeden obok drugiego, w kolejności od stopnia najwyższego do najniższego, zasiąść bliżej początku, między tymi z wyższym stopniem, a tymi z niższym. Usiąść i siedzieć z dumą, bo żaden strach nie powstrzymał mnie przed zrealizowaniem zamierzonego celu. 
To be continued...

wtorek, 5 marca 2013

Ten o bitwie pierwszej (part II)

Tłustawy Anglosaski Kot (minus 4 kg) przeciąga się i z pełną gracją pręży swoje cztery łapy, rozmarzonym wzrokiem podziwiając piękną, wiosenną pogodę za oknem. I wspomina stare, (z perspektywy mijających chwil) dobre czasy spędzone w dalekiej krainie, położonej o dwie i pół godziny od rodzinnego domostwa.

Na pierwszym roku edukacji w tym jakże nieprzyjemnym wielkopolskim klimacie, uczuciu dumy i szczęścia wtórowało rozgoryczenie i pewien niesmak. Otóż coraz częściej zdarzało się, że w kocim sercu gościło przekonanie, że coś jest nie tak. Bywały sytuacje gdy okazywało się, że bez większego problemu a tym bardziej wysiłku udawało mi się zbierać dobre noty a nawet stać się szczęśliwcem otrzymującym comiesięczne stypendium za dobre wyniki w nauce, co jest niewątpliwym sukcesem. Bywały jednak sytuacje gdy byłam pouczana przez tzw. fellow students, którym wydawało się, że znają historię Stanów Zjednoczonych lepiej niż moja skromna osoba. I nie chodzi tu o przerośnięte ego, ani o dumę, bo przecież na tym to polega, aby uczyć się do siebie nawzajem. W tym akurat nie było żadnego problemu. Chodziło natomiast o to JAK zostałam "poprawiona", w jak bezkompromisowy i jednoznaczny sposób, który nie znosił żadnego sprzeciwu, a dodatkowo kpił z mojej niewiedzy. Jak się oczywiście później kazało nie było żadnych podstaw do poprawiania moich wypowiedzi, bo tak jak cały czas sądziłam ten znaczek po pseudonimie Malcolma Little, radykalnego przywódcy ruchu afroamerykańskiego w Stanach Zjednoczonych, to nie rzymska cyfra "10" (co z wielkim zapałem próbowano mi wmówić), a litera X oznaczająca niewiadomą (czego byłam pewna bardziej niż daty swoich własnych urodzin). Racje mam od czasu do czasu, ale jeśli już ją mam, to bronię jej niczym lwica i do szewskiej pasji doprowadzają mnie osoby, które nie są w stanie uszanować moich opinii.
Takie sytuacje działały niezwykle niekorzystnie i obniżały zapał oraz chęć do dalszego studiowania w tym dalekim mieście. Również wczesne wstawanie (wczesne, tzn. wstawanie praktycznie w nocy, bo jak dla mnie 4 rano to jest ciemna, głucha noc), długie, ciężkie i męczące dojazdy PKP (bo nie ma to jak siedzieć w przedziale z irytującą młodzieżą w wieku gimnazjalnym, z podróżnymi, których główną pasją jest picie wódki w pociągach w czasie największych upałów, z osobami, które dawno nie widziały mydła oraz z innymi ciężkimi przypadkami permanentnego odmóżdżenia), a tym bardziej nie posiadanie jakichkolwiek życzliwych osób w owym mieście sprawiało, że psychicznie przechodziłam istne piekło na ziemi. W związku z brakiem kocich sprzymierzeńców, Kot spał gdzie popadło: w akademikach, zatęchłych hostelach, zawilgoconych schroniskach dla młodzieży. Każdy weekend w innym miejscu. Jak można się było domyślać, taki system nie działa dobrze na osobniki o raczej słabej psychice. I jak się później okazało, nie była to wcale kwestia wygody, a raczej bezpieczeństwa i spokoju psychicznego. Konsekwencją tego i kilku innych czynników były stany lękowe przed każdym wyjazdem a to w ostateczności doprowadziło do tzw. IBS, którego posiadaczem mam wątpliwy zaszczyt być. I musiałam poświęcić 4 lata, jedną wizytę u psychoterapeuty, niezliczoną ilość pieniędzy i własne jelita, aby w końcu zostać filologiem z tytułem magistra. Samo tworzenie pracy magisterskiej również trwało długo, głównie ze względu na brak wiary w to, że te bazgroły o facecie piszącym o tym jak to inny facet nękany jest przez marudnego i irytującego kruka rzeczywiście mają sens i są cokolwiek warte. Niemniej jednak, kilka dni temu, w pewien dość słoneczny poranek, o godzinie 10:15 udało mi się odebrać dyplom ukończenia studiów wyższych.


Tym oto sposobem Ladies and Gentlemen BITWA O KRUKA została wygrana.
...10 more to go :)

wtorek, 5 lutego 2013

Ten o bitwie pierwszej

Tłustawy (ale już troszkę mniej niż ostatnio) Anglosaski Kot z niecierpliwości przebiera swymi kocimi stopami pod dębowym, podwójnie lakierowanym biurkiem, przy którym aktualnie siedzi. Owa nieprzeciętna ekscytacja jest jak najbardziej uzasadniona. Okazało się bowiem, że według rzetelnych obliczeń grupy amerykańskich naukowców, liczyć można na rychły koniec pierwszej bitwy, jako że został on przewidziany na najbliższy piątek, dnia wielkiego - ósmego lutego. Anglosaski Kot z pełną powagą, co jakiś czas poprawiając swą czapkę stosowną dla generała sił alianckich, zabiera się do tworzenia misternego oraz niezwykle skomplikowanego planu przechwycenia cennej przesyłki, aktualnie znajdującej się w rękach nieprzyjaciela.

Bitwa o Kruka
Part I

Ten Pan od Kruka
Niewiele jest rzeczy, które na przestrzeni tych wielu lat przychodziły mi z łatwością. Najczęstszą przyczyną tego stanu rzeczy była wrodzona ślamazarność, strach przed kompromitacją lub dziki upór. No bo proszę mi wytłumaczyć jak robić coś, co się człowiekowi nie podoba, albo co nie współgra z jego poglądami politycznymi/religijnymi/filozoficznymi/etycznymi? Co więcej, jak zmusić do współpracy swe niemrawe ciało gdy człowiek musi powtórzyć pewne ćwiczenie polegające na wybiciu się z lewej nogi, pamiętając aby nie zanadto śpieszyć się z ruchem rąk, które jednocześnie muszą współgrać z prawą stopą (a przy tym wszystkim nie upaść na twarz lub nie zbić sobie pięty). I co z tego, że ów człowiek doskonale wie jak wykonać to ćwiczenie, bo widział je miliony razy na własne oczy. Co z tego, że jest w stanie rozrysować je w sposób graficzny używając szkiców o dowolnej wielkości, przygotować prezentację multimedialną trwającą 45 minut, opisać strategię wykonywania owego ćwiczenia we wszystkich znanych mu językach obcych, jak również zaprezentować w formie sztuki dramatycznej pod nazwą "Ból istnienia a idealne fumikomi", tudzież napisać dysertację pod tym samym tytułem. Co z tego, jeśli ciało nie słucha i zapiera się zadnimi łapami przed poprawnym wykonaniem ćwiczenia, niczym kot przed wejściem do wanny pełnej wody. 

Edukacja na poziomie studiów wyższych przebiegała w dość spokojny, niczym nie zmącony sposób. Pierwsze trzy lata wspominam rzewnie i z uśmiechem, jako że w tym czasie nawiązały się wiele dla mnie znaczące przyjaźnie i znajomości. Jednak ten czas szybko minął i po obronie tytułu licencjatu przyszedł długo wyczekiwany moment wyboru uczelni, która dałaby możliwość zdobycia tytułu "mgr". I czy to była właśnie ta ślamazarność, czy upór, czy też może strach przed kompromitacją, bo moje 2,5 roku studiów uzupełniających zamieniło się w 4 długie lata, opiewające w nerwy, stres oraz frustracje, które spowodowały u mnie pojawienie się zespołu jelita drażliwego, co (nie oszukujmy się) wyzwala w chorym równie fantastyczne uczucia, co bieganie boso po porozrzucanych klockach Lego.

I będąc kompletnie szczerą, nadal nie wiem jakim cudem zostałam przyjęta na tę uczelnie. Uczelnie nie byle jaką, bo wysoko plasującą się w rankingach krajowych, zajmującą zaszczytne miejsce na podium lub tuż za nim, z szanowaną kadrą oraz przestronnym holem głównym. Doprawdy ciężko w to uwierzyć, bo biorąc pod uwagę fakt, iż żadna inna szanowana uczelnia nie uważała mnie za studentkę godną ich murów, to jeszcze mniejsze szanse miałam właśnie tam. Należy również zauważyć, że w dniu rozmowy wstępnej na owej uczelni byłam... co tu dużo mówić... chora. I żeby to był jakiś ból w krzyżu... Nie, nie. Lepsza grypa i to taka z efektami dźwiękowymi i wizualnymi, z przysłowiowymi gilami po pas i otępieniem umysłowym większym niż zwykle. Ale cóż było począć. Ostatnia szansa i to do tego taka uczelnia. Jechałam pociągiem z duszą na ramieniu, która po dotarciu na miejsce zbladła jak i ja zbladłam, bo oto okazało się, że owa rozmowa nie będzie dotyczyła pracy licencjackiej (tak jak mi się zdawało wcześniej). Zamiast tego będę miała wątpliwy zaszczyt porozmawiać sobie z profesorami na temat dwóch książek, których nawet na oczy nie widziałam, a gdzie tu mówić o czytaniu ich treści. I chyba tylko to moje otępienie spowodowane chorobą uchroniło mnie przed rychłym zawałem, tudzież apopleksją, bo jedyną moją reakcja było tzw. shrug one's shoulders, po czym bez okazywania większego przejęcia weszłam do sali. Sali, w której jak mi się zdawało wtedy, usiądę wygodnie w fotelu i po raz pierwszy i ostatni popatrzę sobie na mądrych panów Profesorów, z którymi nie będę miała więcej styczności, a obejrzeć ich przepełnione intelektem lica będę mogła co najwyżej na stronie internetowej wydziału. Po wyjściu z sali, w której jedynym sensownym zdaniem, które pamiętam, a które zostało wypowiedziane przez moją szanowną osobę było jakże rozbudowane "BBC" (odpowiedź na pytanie dotyczące znanych mi rozgłośni radiowych w Wielkiej Brytanii), opuściłam mury Uniwersytetu i wróciłam do domu z podkulonym ogonem. Nie ma więc potrzeby tłumaczyć i opisywać jak bardzo byłam pewna swojej klęski. 

I jakież było moje zdziwienie kiedy koleżanka z grupy, z która studiowałam wcześniej, a która również była na owej rozmowie tego pamiętnego dnia, przeczytała wymagane lektury a na dodatek moim subiektywnym zdaniem była wyposażona w o wiele większy arsenał wiedzy nie została przyjęta na uczelnie. Zachęcała mnie jednak abym sprawdziła czy może aby mnie nie przyjęli, wszak sama wyników rozmowy wstępnej nie sprawdziłam, bo i po co mi to by było, skoro wydusiłam z siebie tylko jedno słowo i w ogóle bardziej tam byłam obecna ciałem niż duchem, skazując się tym samym na wiekopomny blamaż, który będą wspominać pokolenia. Nie mając nic lepszego do roboty poszłam jednak za radą koleżanki i sprawdziłam na stronie internetowej wydziału wyniki. I nie wiedzieć czemu, z jakiej okazji, dzięki komu i w ogóle na miłość boską jakim cudem... zostałam przyjęta, stając się tym samym pełnoprawnym, z krwi i kości studentem pierwszego roku studiów uzupełniających. I doprawdy, do dnia dzisiejszego, nie wiem jak to się stało...

Cdn.

piątek, 1 lutego 2013

Ten o jedenastu podpunktach

Tłustawy, Anglosaski Kot w skupieniu odłożył pisadło i spojrzał posępnie na listę zawierającą jedenaście podpunktów spisanych niebieskim długopisem nieznanej marki. Po chwili z paszczy kociej wydobyło się ciche stęknięcie przepełnione lekkim powątpiewaniem i nadzieją zarazem. A potem głośno ziewnął, bo było już dość późno.

Wypadałoby jednak zacząć od początku, czyż nie?
Otóż większość przedstawicieli gatunku ludzkiego, mając te paręnaście lat na karku wychodzi z założenia, że na wszystko przyjdzie czas. I że na wszystko ten czas będzie mieć. Matura się zda, praca się znajdzie, rodzina się założy, potomstwo się urodzi. Najlepiej tak jak w filmach, czyli czyste, pachnące, bez grama krwi na uśmiechniętej buźce. A lata mijają. Mija rok, dwa, dziesięć. Krótko po tym, pewnej chłodnej zimy ów człowiek budzi się z letargu egzystencjalnego i uświadamia sobie, że do trzydziestki ma bliżej niż dalej, a tak między Bogiem a prawdą nie osiągnął w swoim życiu zbyt wiele i najprawdopodobniej zmarnował co najmniej parę dobrych lat. I nachodzi człowieka myśl, że warto by było coś z tym zrobić. Więc czemu nie teraz? Czemu nie w tym jednym, konkretnym roku, póki jest jeszcze czas?
I taka to, proszę Państwa, kocia wojna. To czego nie udało się dokonać w ciągu ostatnich 10 lat, waleczny sierściuch zrobi w jedenaście miesięcy. A przynajmniej taką ma nadzieje...
Nie są to jednak sprawy błahe czy trywialne. Choć dotyczą różnych sfer życia, z mojej perspektywy są to  niezwykle istotne kwestie, nierzadko o emocjonalnym zabarwieniu. Kwestie, których nie byłam w stanie (z różnych powodów) rozwiązać na przestrzeni wielu lat, a które są ciężarem dosłownie i w przenośni. To jedenaście gór, które trzeba pokonać w czasie drogi do domu, jedenaście lat na wojnie by wrócić do kraju, jedenaście operacji by przeżyć i jedenaście hektarów pola do zasiania, by zebrać plony. Jednym słowem- jedenaście podpunktów.

I tutaj wypadałoby podać pełną listę, z odpowiednimi przypisami, ma się rozumieć. Niemniej jednak (czy to ze względu na poczucie wstydu, czy chęć "niezapeszania") ograniczę się do sformułowań,  które jedynie narrator będzie w stanie odczytać. A kiedy tylko uda się dany podpunkt odhaczyć i uznać misję za wykonaną, wszelkie szczegóły zostaną czym prędzej upublicznione. Uchroni to czytelników przed bezsensownymi i mało treściwymi postami, a narratora zmobilizuje do walki.

Jedenaście podpunktów:
  1. bitwa o Kruka
  2. bitwa o bolącą głowę
  3. bitwa o 55
  4. bitwa o miejsce w rzędzie
  5. bitwa o 4 pozycje i 2 lata
  6. bitwa o marzenie Mamy Anglosaskiego Kota
  7. bitwa o nowe środowisko
  8. bitwa o podeszwy (mode: hard)
  9. bitwa z samą sobą (mode: almost impossible)
  10. bitwa ostateczna
  11. prolog: tam i z powrotem, prolog vol. II: Hobbit 
Szanowni Państwo, walkę czas zacząć...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...