wtorek, 24 czerwca 2014

Poduszkowo


Anglosaski Kot siedzi sobie z zadowoleniem na kanapie, opierając swe umordowane męczącą pracą plecy o trzy piękne poduszki. Poduszki same w sobie piękne nie są, ot zakupione czas jakiś w jednym z marketów dekoracyjno-budowlanych. Niemniej jednak, same poduszki opakowane zostały w prześliczne poszewki ręcznie wykonane przez tego oto zadowolonego z siebie... powiedziałabym nawet dumnego jak paw Kota. Jak to często bywa, matka kocha swoje dziecko do granic możliwości. Często do tego stopnia, że choćby było ono najbardziej rozwydrzonym bachorem na świecie lub najbrzydszą istotą jaką nosiła ziemia, zapytane które dziecię jest najgrzeczniejsze i najbardziej urodziwe, matka zawsze powie, że jej!


I chociaż poszewki zostały wykonane w najprostszy z możliwych sposobów (jedna strona w słupkach, druga w półsłupkach) a problemów po drodze było co nie miara, myślę, że wyszły całkiem dobrze. A fakt że zostały stworzone tymi ręcoma <macha energicznie łapami do monitora> dodaje im uroku i wyjątkowości... poduszkom, nie łapom.

Jak wspominałam wcześniej, technika nie powala na kolana. Niemniej jednak, nie wiem jak Wy, moi drodzy, ale ja widzę niesamowity urok w prostocie półsłupków i słupków. Nie wspominając o tym jak cudownie szybko się je szydełkuje! Problem jednak pojawił się, gdy po przymierzeniu łańcuszka do poduszki i stwierdzeniu "Tak, to będzie odpowiednia szerokość", po jednym rzędzie okazywało się, że jednak poszewka będzie ciut za szeroka ("To może opuszczę parę oczek i zrobię węższe"). Po wykonaniu piątego rzędu doszłam do wniosku, że cholera, jednak będzie za wąskie, i że mogłam jednak nie opuszczać tych kilku oczek. Pod koniec pracy smutna prawda wychodziła na jaw... poszewka była stanowczo za wąska. Żeby nie robić sobie pod górkę, żeby się nie dołować i nie wyrzucać takiej ilości czasu i pracy do śmieci, obszywałam mały kwadracik poszewki słupkami lub półsłupkami (w zależności czy był to przód czy tył poduszki) dookoła. Nie wiem, czy tak robią profesjonaliści, bo mi do takowych baaardzo daleko, ale był to pomysł na miarę McGyver'a, dzięki któremu poszewki uzyskały odpowiedni rozmiar bez konieczności rozpruwania ich. 

Nie oszukujmy się, gdyby to były poszewki-prezenty lub gdyby dane im było zostać ze mną na dłużej, pewnie właśnie tak by się skończyło: sprułabym wszystko i zaczęła od nowa. Ale w sytuacji gdy wiem, że już za 2 miesiące się wyprowadzam a brać ze sobą będę jedynie najpotrzebniejsze rzeczy (poduszki not included in the "most important" box), bez sensu było porywać się na perfekcjonizm za wszelką cenę. Tak, tak, to lenistwo. Ale to w dobrej wierze :). Na marginesie wspomnę, że jakoś tak nie wiedzieć czemu strasznym niepokojem napawa mnie myśl robienia czegoś innego poza słupkami i półsłupkami. Nie wiem, czy to podświadomy strach, że nie będę w stanie ogarnąć swym umysłem tych wszystkich schematów, czy też brak wiary w to, że skomplikowane wzory mogą w rzeczywistości wyglądać lepiej niż prostota i minimalizm słupków. Tak czy inaczej spróbuję, ale pewnie dopiero po torbie i bluzce, które są w trakcie robienia. Oby jednak nie powtórzyła się historia szalika, który zaczął się robić w zimę a skończył wczesną porą letnią!



Ostatnio niestety mało czasu znajduję na szydełkowanie. Dużo planów, dużo pracy, jeszcze więcej obowiązków a tak malutko czasu na przyjemności. Ale co ja będę ględzić. Drogi czytelnik sami pewnie boryka się z tym samym problemem. 

Żeby tak chociaż w pacy można było szydełkować... 

czwartek, 24 kwietnia 2014

Anglosaski Kot, żółta mucha i Kolory Maryszy

Anglosaski Kot leży na kanapie w gustownej piżamie, w doborowym towarzystwie antybiotyków, sterty chusteczek higienicznych i butelczyny Amolu, którym smaruje się tylko z przodu, bo nie ma niestety nikogo kto by w swym wielkim miłosierdziu wysmarował mu plecki. Sam też nie posiada aż tak długich kończyn, by móc zrobić to własnoręcznie. Chore, zblazowane i zmęczone kocisko siedzi i dychra. Dychra, smarcze, od czasu do czasu pojękując w swoim małym, kocim domu zarazy. Ach ciężko jest być chorym w samotności. Nie ma komu ponarzekać, nie ma kto zrobić herbatki z cytryną i sokiem malinowym, nie ma kto ugotować rosołku... Jedyny plus w tym wszystkim to spokój i cisza, która nie zakłóca snu i ciężkiego, jakże mozolnego procesu powracania do zdrowia. Tak to się kończy jak kaszlą na Ciebie w autobusie podmiejskim...

Popularnie nazywa się to prawem Murphiego i każdy, kto trochę już pożył na tym świecie wie, czym owo prawo jest. W moim przypadku wszystko się zaczęło od wcześniej wspomnianej waćpanny, która śmiała na mnie kaszleć w autobusie, chociaż kto wie. Mógł to być ktokolwiek. Tak czy inaczej zarażono mnie ropnym zapaleniem migdałków, popularnie zwanym anginą. I to w dodatku (proszę sobie wyobrazić, drogi Czytelniku) w same święta! Co za bezczelność! Zaczęłam chorować już na samym ich początku, czyli w Wielki Czwartek, żeby z wielką pompą wyjść od lekarza dzień po Lanym Poniedziałku z receptą w jednej ręce i urlopem zdrowotnym na cały tydzień w drugiej. Ale jak to mówią, we wszystkim trzeba widzieć pozytywy, czyż nie? A plusem tej całej sytuacji było nadrobienie zaległości. I tak oto:

1) Dokończony został szalik, który miał zostać ukończony jakieś dwa miesiące temu. Niestety nie wyszło. Niemniej jednak, gdy przyjdzie zima, a przyjdzie na pewno, moja droga Zofia będzie miała czym okryć swą łabędzią szyję. Szalik wyszedł bosko! Czarny niczym atrament, z frędzlami długimi jak macki ośmiornicy, przepasany różową wstążeczką. Niestety zdjęcia zrobić się nie udało, gdyż w dziennym świetle kolor szalika zmienia się na wściekły granatowy i wygląda wprost żałośnie. W realu wygląda jednak świetnie. Serio! Spytajcie Zofii!
2) Dokończono cztery czapki: dwie dla mnie (malinowa i kawowa), oraz dwie dla Kasi (turkusowa i morska), która zamówiła je dwa tygodnie temu.
3) Stworzono również kolejne etui, tym razem na wyzwanie o nazwie "Kolory Maryszy - edycja muzyczno-urodzinowa"


Jak wspominałam wcześniej, uwielbiam konkursy i wyzwania. Ale nie takie, gdzie trzeba polubić stronę autora i odpowiedzieć na pytanie z cyklu "jaki jest Twój ulubiony kolor". Wolę się wykazać, pomęczyć, napocić i pogłówkować. A potem podlinkować swoje "dzieło" i czekać na efekty. W tym przypadku zabawa była przednia! W grę bowiem wchodziły kolory. Technika dowolna, najważniejsze jednak, by w swoim projekcie umieścić cztery kolory zainspirowane piosenką, którą ze swojej głowy próbowałam wyrzucić przez długie tygodnie. Mowa tu o utworze stworzonym na rzecz akcji, mającej uświadomić ludziom zagrożenie jakim jest pociąg oraz to w jak łatwy sposób można zginąć. Wszystko opakowane w przyjemną melodię, okraszoną barwnym tekstem i hipnotyzującym teledyskiem. 

Tym którzy nie widzieli, polecam z całego serca!



Tak oto powstało kolejne etui na telefon i jak zwykle z motywem kocim. Etui, bo ono zawsze się przydaje, z kotem, bo... no to chyba oczywiste i nie wymagające wyjaśnienia. Powstało ono na szydełku, techniką łatwą i przyjemną. kot wycięty z filcu, przyszyty do etui, do kota natomiast przyszyto nos, oczy i gustowną żółtą muchę. Problemem było zaaranżowanie miejsca dla koloru miętowego, który był wymagany. Pierwszy pomysł to wplecenie miętowej wstążki pomiędzy rządek słupków podwójnych... albo pojedynczych... no tych takich wysokich :) Jak można zauważyć, ten rządek został wykonany mniej więcej w połowie wysokości etui, kot natomiast miał być przyszyty "za" wstążką, dzięki czemu miał robić wrażenie zawieszonego na miętowej nitce (przebiegającej mu pod paszkami) a jego kocie girki miały bimbać w powietrzu. Niestety po nawleczeniu nitki między słupkami okazało się, że efekt jest mierny i nie zadowalający. Dlatego też kot nie bimba, a wychyla się z boku. Tak artystycznie, z doskoku. Zrobiłam też miętową lamówkę u góry etui i tak oto dzięki mym zręcznym kończynom mam całkiem niezłe etui na telefon. Poprzednie niestety jest trochę za duże, a to będzie w sam raz!

A co dalej? A dalej będzie torba na jedno ramię, choć nadal zastanawiam się skąd wytrzasnąć materiał na podszewkę. Będzie również ponczo. Pod warunkiem, że uda mi się zdobyć informacje jak je wykonać. Ale myślę, że nie będzie to dla mnie problemem.

UPDATE: Wiedziałam, cholera, że o czymś zapomniałam! W planach jest również poszewka na poduszkę, a konkretnie na dwie. Te kupione w sklepie z artykułami dekoracyjnymi już się zużyły i wyglądają fatalnie a zamiast kupować nowe, można przecież zrobić własne! A kwadraty na szydełku już umiem więc pozostaje jedynie wybór włóczki! Że tak się wyrażę kolokwialnie: "In your face, sklepie z artykułami dekoracyjnymi!"

czwartek, 17 kwietnia 2014

Szydełnicko-czytujący

Anglosaski Kot siedzi wygodnie na kanapie, zadnie łapy opierając na stole, z których to prawa stopa robi dodatkowo jako podpórka do wełny. Siedzi i szydełkuje. Słowo "szydełkuje" należałoby podkreślić, wytłuścić i obsypać brokatem, gdyż (w ramach wyjaśnienia) jeszcze kilka tygodni temu Kot uważał, że nic poza drutami nie istnieje, że nie ma rzeczy tak prostej i przyjemnej jak robienie na drutach. Jednakowoż przy okazji czapki numer jeden i na krótko po jej skończeniu, okazało się, że szydełkowanie jest szybsze, mniej czasochłonne i jakieś takie... prostsze, Kot miłością do szydełka zapałał niepomiernie i nie ma zamiaru wracać z Szydłolandii, choćby nie wiem co! A że robienie czapki okazało się zabawą przednią*, postanowił zrobić sobie kilka następnych, w wersji malinowej (akryl), kawowej (akryl) oraz kremowej (bawełna).

*Zabawa to jedno. Drugim powodem by stworzyć kolejne nakrycia głowy był fakt, że czapka została w try miga kupiona przez koleżankę z pracy. Ta czapunia mi się podobała. Miała być moja. I tyle ją widziałam. No ale co ja będę ludziom żałować? A jeszcze jak się komuś podoba i będzie przydatna... nie wspominając o tym, że jeszcze mi się na niej zarobiło na karnet autobusowy. Nic tylko się radować :D

Zapałałam również miłością do konkursów, wyzwań i innych "czelendżów", a w szczególności do akcji "Wspólne dzierganie i czytanie". Czytam (aż wstyd się przyznać) od kilku lat dopiero. Nie żebym była analfabetą przez 3/4 życia, ale dopiero od pewnego czasu czytam dla przyjemności. W domu jakoś nie było zbyt wiele książek a i nie było nikogo kto czytałby coś poza gazetami. Tak oto żyłam te 21 lat w niewiedzy, nie czytając lektur, mając w nosie nowości wydawnicze i gardząc książkami. Aż któregoś dnia, dzięki pewnej tajemniczej osobie, której imienia nie zdradzę, odkryłam czym jest czytanie dla przyjemności. Odkryłam jak miło jest przez chwile wyjść z własnej skóry i na moment choćby stać się kimś innym, wieść inne życie, znaleźć się w zupełnie innym miejscu i w innych okolicznościach. Na ten przykład stać się Joanną Ch., szukać trupów po szafach, pływać po jeziorach Mazurskich z koleżanką w łódce i dzięki metalowemu szydełku wydostać się z lochów zamku gdzieś w południowej Francji. Zaraz potem zapuścić długie białe włosy, machać mieczem dwuręcznym i ubijać poczwary w mrocznym lesie. I tak by można wymieniać i wymieniać. Niedawno również postanowiłam nadrabiać zaległości w lekturach szkolnych. W ten oto sposób trafiła w moje ręce książka-klasyk, czyli "Mistrz i Małgorzata". Kiedy oczom mym ukazał się kot na okładce, wiedziałam, że będzie warto i nie myliłam się. Do tego stopnia, że kilka nocy temu śniło mi się jak na golasa latam na miotle nad swoim rodzinnym miastem, niczym tytułowa bohaterka. Wizja dwóch księżyców na jednym niebie (księżyc prawdziwy i ten odbijający się na mym szacownym zadzie) była doprawdy imponująca!



Fakt faktem, żałuję, że tyle lat musiało upłynąć zanim pojęłam jaką przyjemność sprawia czytanie. Ale cóż. Jak to mówią: lepiej późno niż wcale. I tak jak w przypadku szydełka, zasmakowałam tej przyjemności i nie mam zamiaru wracać :)
... za wyjątkiem dokończenia szalika. Zaczęłam drutami i skończę drutami. Taki mały wyjąteczek. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Anglosaski Kot Czapkowy

Anglosaski Kot kuca przed kanapą z aparatem w dłoni i strzela foty swojemu modelowi imieniem Kryspin. Wierci się, wygina, przybiera fantazyjne pozy niczym Pani Mirka prowadząca zajęcia jogi. A wszystko to po to, aby uzyskać jak najlepsze ujęcie. Model natomiast, ma na swojej szacownej głowie czapkę, w wersji jesienno-wiosennej, koloru koralowego, wykonaną ręcznie szydełkiem numer 4 i 3. Z powodu braku funduszy model jest taki jaki jest. Może kiedyś będzie Anglosaskiego Kota stać na Naomi czy Heidi. Póki co miś musi wystarczyć...

Tak mniej więcej wyglądała cała niedziela. Sobota w sumie też. Po trzech szalikach (w tym czwarty w trakcie tworzenia) i jednym jakże udanym etui na telefon przyszedł najwyższy czas by wziąć się za coś bardziej ambitnego. Coś co można nosić o tej porze roku, coś co będzie w szałowym kolorze oraz w czym można by się ludziom pokazać na oczy. Tak oto pojawił się pomysł czapki, której wykonanie było możliwe dzięki tej Pani 
Stworzenie czapki zajęło jakiś tydzień. Byłoby szybciej oczywiście, gdyby nie praca, korepetycje i cala masa innych rzeczy.

Po tygodniowych bojach, kiepskim początku (gdy w złości szydełko odbijało się od ścian, bo w gniewie najlepiej rzuca się tym i owym. Gniew natomiast spowodowany tym, że nie byłam w stanie pojąć idei półsłupka. Co za półsłupek ze mnie!) kiepskiej końcówce (kiedy to okazało się, że "opaska" została zrobiona zbyt ściśle i czapka może co najwyżej wejść na głowę pięcioletniego dziecka) w końcu udało się stworzyć to cudeńko, które nie dość że pasuje na mój szacowny czerep, to jeszcze jest nawet ładne! 
Podbudowana sukcesem zabieram się do kończenia szalika, który obiecałam przyjaciółce... jakieś 3 miesiące temu. Obym do następnej zimy zdążyła...

poniedziałek, 17 marca 2014

Anglosaski Kot, taki konkursowy!

Anglosaski Kot idzie zrobić sobie herbatę. Już po trzech krokach do bosej stopy przykleja się kawałeczek czarnego filcu, zaraz potem różowa nitka. Nastawia czajnik, po czym slalomem wymijając szpulki nitek, muliny, włochatej siwej wełny i tony kartek z kocią facjatą na froncie, siada na kanapie i wraca do pracy. Kto by przypuszczał, że tyle to zajmie czasu...

Hobby musi być. Jakiekolwiek, bez różnicy czy "indoor" czy "outdoor". Jest mi obojętne w jakiej tematyce, ale zawsze musi być coś, czemu można się poświęcić bez reszty, co można robić w wolnym czasie i o czym można namiętnie myśleć po nocach. Do niedawna takim hobby było kendo, o czym pisałam tutaj, jak również i tu. Było mi z tym kendo niewymownie dobrze, ale niestety po sześciu latach treningów, po zobaczeniu i usłyszeniu tego czego "odwidzieć" i "odsłyszeć" się nie da, musiałam zrezygnować. Bo kendo samo w sobie nadal mnie zachwyca. Natomiast wszystko to, co jest obok, już nie.

Po trzech miesiącach bez żadnego zajęcia zaczęło się dziać źle. Nie będąc przyzwyczajoną do nic-nierobienia a tym bardziej do trwonienia czasu na filmy i seriale, zalałam się wyrzutami sumienia. Nie chcąc bezczynnie siedzieć na kocim zadzie, zaczęłam próbować swoich sił w absolutnie wszystkim! Był curling, fotografowanie, modelarstwo, decoupage, rysowanie komiksów i parę innych rzeczy. Niestety żadne z tych zajęć nie dało pożądanej satysfakcji. Zaczęłam więc się zastanawiać co można robić w domu, małym nakładem finansowym, co nie zabiera dużo miejsca i czego efekty pracy są użyteczne po stworzeniu. A przede wszystkim, co daje upust kreatywności. I tak znalazłam prace ręczne (głównie robienie na drutach i szydełkowanie, choć tego drugiego jeszcze zbytnio nie umiem)!

Od dwóch miesięcy, kiedy to pierwszy raz wydziergałam szalik, nieprzerwanie (w wolnych chwilach oczywiście, których za dużo nie mam) daję upust swoim zwierzęcym rządzą i dziergam jak szalona :D

Inspiracja płynąca z blogowego wpisu mojego Guru i Boga w tematyce rękodzieła (nawiasem mówiąc siedzi sobie ona o tu) zmotywowała mnie do zrobienie kociego etui do telefonu, dokładnie takiego, jakiego niestety nie udało mi się wylosować w akcji rodawajki na wcześniej wspomnianym blogu. Dodatkowo, aby nie kopiować pomysłów idola, postanowiłam "pojechać" na filmowo :) Tak oto powstał Cheshire Cat!
Cheshire etui - pozycja frontalna

Cheshire etui - tył

Etui zostało wykonane futrzastą włóczką, na drutach. Do tego duża ilość filcu, parę nitek, kilka maźnięć czarnego markera na kocim nosie i jest! Myślałam jednak, że zajmie to mniej czasu. jak się okazało bardzo się w tej kwestii pomyliłam. Niemniej jednak, duma jest ogromna, bo to pierwsza rzecz (no poza dużą ilością szalików), która ma charakter użytkowy, i która na coś może się przydać. No bo ile można dziergać szaliki, na litość boską!

Cheshire - bok

Tak to jest, mili Państwo, jak zamienia się miecz bambusowy na druty i zamiast latać po parkiecie z bosymi stopami naparzając oponentów po głowach, lata się po parkiecie zbierając po drodze kawałki wełny, strzępki filcu i różnokolorowe nitki. Niezmienna jest za to frustracja, zmęczenie i kombinowanie :)
A jak jeszcze raz ktoś się będzie ze mnie nabijał i uparcie twierdził, że robienie na drutach to zajęcie dla podstarzałych pań, z bandą kotów na głowie to, jak wełnę kocham, dostanie w paszcze!



--- UPDATE---



A co tam! Pochwalę się! Cheshire Cat zajął 7 miejsce w konkursie. Nawet sobie nie wyobrażacie jaka to duma i zaszczyt, być w ten sposób docenionym przez Drogich Czytelników i to na samym początku drogi szydełkowo-drutowej. 

Dziękuję :)

wtorek, 10 grudnia 2013

Ten o bitwie szóstej (część druga, ostatnia)

Anglosaski Kot siedzi w pracy przed monitorem z wywieszonym ozorem i na wpół otwartą paszczą, przełykając ślinę na dwa razy, co jakiś czas masując językiem obolałe wargi. Trzeba było zabrać wosk...

Każda z bitew zaplanowanych tych kilka miesięcy temu jest ważna. Jednak niektóre z nich są ważniejsze niż reszta, mają większe znaczenie i wymagały więcej odwagi i zaangażowania. Dlatego cieszy mnie niezmiernie fakt, że udało się zwyciężyć akurat w tej bitwie. Co prawda o zwycięstwie ostatecznym można będzie mówić za jakieś 2 lata, ale prawdę powiedziawszy jestem na prostej drodze do sukcesu (wole myśleć w ten sposób niż skupiać się na negatywnych aspektach zaistniałej sytuacji). 

Od wczoraj, a konkretnie od godziny 15:00, zostałam uzbrojona w dwa aparaty. Jeden z nich (aparat stały) na dwa lata, drugi (aparat Haasa) na 3 miesiące. Potem jego miejsce zastąpi również aparat stały, czego nie mogę się wprost doczekać.


Póki co muszę się zmagać z okazjonalnymi odruchami wymiotnymi, jako że całe podniebienie zostało zaklejone plastikiem, który raz na jakiś czas ociera się o tylną część języka, z bólem ciągłym i nieustającym, z dyskomfortem, otarciami po wewnętrznej stronie warg, problemami z jedzeniem (papki, kaszki only!) problemami z przełykaniem, mówieniem i niewyglądaniem głupio (nadmierna ilość plastiku uniemożliwia zamknięcie paszczy, przez co na moim licu objawia się permanentny wyraz zdziwienia i szoku). 

Ale jest dobrze. Jest naprawdę dobrze. Jest ciężko, ale póki co jest dobrze i nie planuję, żeby było inaczej. Jeszcze tylko trzy miesiące, minie jak jeden dzień (mam nadzieję) a potem to już poleci z górki! Najważniejsze nie jest cierpienie, ból czy dyskomfort. Najważniejszy jest powód dla którego to robię. A powód mam, motywację zresztą też. I Bóg mi świadkiem, że się nie ugnę. Nie zapłaczę. Nie zwątpię. To wszystko ma sens.  

czwartek, 19 września 2013

Ten o bitwie szóstej, z ósemką w roli głównej

Anglosaski Kot, z bijącym niczym Dzwon Zygmunta sercem, z przerażoną i niemalże łkającą duszą i z napływającymi falami gorąca siedzi w kąciku i myśli o tym, jakie jego życie było piękne w dniu wczorajszym a jak straszne jest dzisiaj. Dzisiaj. O matko kochana dzisiaj.

Dzisiaj zaleję się krwią, spędzę na fotelu dentystycznym długie godziny lub minuty (w zależności od tego jak nam pójdzie) a potem z obolałą mordką pójdę do domu i będę nienawidzić świat całym swoim jestestwem. Takie oto są konsekwencje (nie)posiadania zębów mądrości.

Są ludzie którzy rodzą się z pięknym, "hollywoodzkim" uśmiechem. Nie chodzi bynajmniej o to, że rodzą się od razu z zębami na wierzchu, z włosami na żel i w smokingu, ale o to, że kiedy dorastają, nie muszą chodzić do dentysty, do ortodonty, zęby same rosną tam gdzie powinny, same aranżują wystrój jamy ustnej i są w stanie rozplanować układ uzębienia, tak by żaden aparat ortodontyczny nie był potrzebny. Dodatkowo rosną odpowiedniej wielkości, zgrabne, drobne, błyskotliwe, najczęściej znają jeszcze kilka języków obcych i posiadają złotą kartę kredytową. I tak było z moim szanownym bratem, który może i włosów na żel nie ma, ale uśmiech ma taki, że ho ho. I to on pochłonął wszystkie geny zapewniające ładne uzębienie. Bo na mnie już tych genów nie starczyło. W ten właśnie sposób otrzymałam od losu duże, dorodne, pełnowartościowe zęby, które niestety nie mieściły się w mojej wąskiej szczęce, wyposażonej dodatkowo w tzw. gotyckie podniebienie (które, jak się niedawno dowiedziałam, jest wadą genetyczną). Tak więc jedynki postanowiły być na piedestale, więc powiększyły swoją normalną objętość i poszły na przód niczym Husaria w bitwie pod Kircholmem w 1605, dwójki się zawstydziły i postanowiły się schować w cieniu pobratymców, trójki zaciekawione tym co będzie się działo na polu bitwy poszły na przód, żeby lepiej widzieć, czwórki zniknęły (tzw. ekstrakcja), bo... cóż... nie było dla nich miejsca, a jedynie piątki i szóstki są w miarę normalne... pomijając oczywiście ich wielkość. I ta nieszczęsna ósemka prawa, która nie zmieściła się w szeregu i postanowiła wyrosnąć nad szeregiem, przesuwając całą kompanie w lewo. Jak taki niski, łysy kaban z wielkimi barami, który rozpycha się w kolejce, bo myśli że mu wszystko wolno.

Z biegiem lat nic się nie zmieniło. Zmienił się jedynie mój upór względem zmian. Wcześniej szanowna rodzicielka robiła dosłownie wszystko, żeby zgryz mój doprowadzić do jako takiego ładu. Ilość wizyt w publicznych zakładach ortodontycznych można by zliczyć na palcach mylionów ludzi (co ciekawe, nigdy nie zmuszono mnie do założenia aparatu stałego... do dziś zastanawiam się czy to nie był błąd). Ale jako że byłam upartym dzieckiem i nie chciałam nosić aparatu, moja kariera pacjentki placówki ortodontycznej zakończyła się jakieś 14 lat temu.
Czas mijał, a mi jakoś coraz bardziej zaczęło zależeć na zmianie. Nawet pisanie o tym wydaje się być emocjonalnie niewygodne i nieprzyjemne. W związku z tym przyszedł czas aby zrobić to z własnej inicjatywy, osobiście i na własne żądanie, choć podejrzewam, że rodzicielce zależy na zmianie równie mocno.

classymissmolassy.tumblr.com/
Plan na bitwę szóstą był prosty:
1) zmobilizować się, przemóc strach i zapisać się do dentysty na leczenie
2) dowiedzieć się, że te 4 zęby do leczenia zamieniły się w całą jedenastkę. Tak. Jedenaście zębów do leczenia, na te 25, które posiadam
3) siedem miesięcy i ok 1200 zł później usłyszeć "zapraszam za pół roku na rutynową kontrolę"
4) wyrwać ostatnią "ósemkę", która blokuje górne zęby i z racji tego ze się nie mieści, przesuwa wszystkie sąsiadujące twory jamy ustnej w drugą stronę
5) przeżyć wyrwanie
6) wybrać dwóch ortodontów, a po konsultacji wybrać tego, którego pokocham i który mnie (mam nadzieję) uleczy
7) uzbierać fundusze na aparat
8) założyć aparat i przyzwyczaić się do bólu
9) po X lat zdjąć i cieszyć się "hollywoodzkim" uśmiechem, który mi odebrał rodzony brat, pożerając geny pięknego uśmiechu.

Jest wrzesień. Póki co udało się zrealizować plan nr 1, 2, 3, połowicznie 6 oraz 7. Plan ósmy zostanie zrealizowany przed końcem tego roku. Plan 4 i 5 zostanie zrealizowany dzisiaj. Dzisiaj. Matko kochana, a prawie już zapomniałam. Jakiż to był błogi stan...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...